Dziś w menu pożywienie bez kalorii, a właściwie przygotowania do masowej produkcji.
Nananana, foremkę mam i ja. Zmajstrowałam se i mogę hurtowo piec. Ha.
Działa bez zarzutu, sprawdziłam. Dalsze testowanie nastąpi niebawem, a tymczasem dwa starocie z mojej prywatnej kolekcji, dla odmiany niekolczykowe.
Biszkopt z truskawkami:
Tiramiś:
Na potrzeby zdjęć kawałka łapy gościnnie użyczyła oczywiście nasza kumpelka Helga, oklaski dla Helgi-puzzla!
czwartek, 20 października 2011
piątek, 14 października 2011
piątek, 14 października 2011
Jestem zachwycona listonoszami urzędującymi na moim osiedlu!
Nie wiem dokładnie, ilu ich jest, ale obstawiam, że przynajmniej trzech.
Pierwszy to listonosz-widmo - nigdy go nie widziałam, ale jestem pewna, że to mały, złośliwy gnom, któremu trochę się nudzi, więc dla rozrywki lubi siać zamęt. To by wyjaśniało, dlaczego nawet nie pofatyguje się, by zadzwonić domofonem - o wdrapywaniu się na czwarte piętro już nie wspomnę - kiedy ma dla mnie przesyłkę. Nie wątpię, że jemu pewnie jest wesoło, ale potem to ja muszę tłumaczyć się Konkubentowi, gdzie byłam, kiedy mnie nie było, skoro w awizo stoi jak byk, że gdzieś się szwendałam.
Drugi listonosz momentalnie zaskarbił sobie moją sympatię, bo poza tym, że jest młody i śliczny, jest również moją bratnią duszą. Bardzo w te pędy, kompletnie nieogarnięty, a kiedy ostatnio wycofywał się na klatkę schodową po zostawieniu paczki, uroczo przypieprzył w skrzynkę z licznikami, aż zadzwoniło. Hah, a sądziłam, że tylko ja mam taką grację!
Absolutnym hitem jest natomiast trzeci pan listonosz, z którym wczoraj zawarłam znajomość.
Blady świt, jeszcze w piżamie i z poranną kawą zasiadam do przeglądu prasy. Dzwonek do drzwi. Narzucam na siebie pospiesznie jakiś przyodziewek, otwieram, a tam listonosz o aparycji Świętego Mikołaja w cywilu.
- Janusz! - komunikuje gromko.
- Eee - odpowiadam błyskotliwie. - Janusza tu nie ma...
- Ja jestem Janusz! - obwieszcza tubalnym głosem. - Polecony przyniosłem!
Nie wiem dokładnie, ilu ich jest, ale obstawiam, że przynajmniej trzech.
Pierwszy to listonosz-widmo - nigdy go nie widziałam, ale jestem pewna, że to mały, złośliwy gnom, któremu trochę się nudzi, więc dla rozrywki lubi siać zamęt. To by wyjaśniało, dlaczego nawet nie pofatyguje się, by zadzwonić domofonem - o wdrapywaniu się na czwarte piętro już nie wspomnę - kiedy ma dla mnie przesyłkę. Nie wątpię, że jemu pewnie jest wesoło, ale potem to ja muszę tłumaczyć się Konkubentowi, gdzie byłam, kiedy mnie nie było, skoro w awizo stoi jak byk, że gdzieś się szwendałam.
Drugi listonosz momentalnie zaskarbił sobie moją sympatię, bo poza tym, że jest młody i śliczny, jest również moją bratnią duszą. Bardzo w te pędy, kompletnie nieogarnięty, a kiedy ostatnio wycofywał się na klatkę schodową po zostawieniu paczki, uroczo przypieprzył w skrzynkę z licznikami, aż zadzwoniło. Hah, a sądziłam, że tylko ja mam taką grację!
Absolutnym hitem jest natomiast trzeci pan listonosz, z którym wczoraj zawarłam znajomość.
Blady świt, jeszcze w piżamie i z poranną kawą zasiadam do przeglądu prasy. Dzwonek do drzwi. Narzucam na siebie pospiesznie jakiś przyodziewek, otwieram, a tam listonosz o aparycji Świętego Mikołaja w cywilu.
- Janusz! - komunikuje gromko.
- Eee - odpowiadam błyskotliwie. - Janusza tu nie ma...
- Ja jestem Janusz! - obwieszcza tubalnym głosem. - Polecony przyniosłem!
poniedziałek, 3 października 2011
poniedziałek, 3 października 2011
Temperaturę uczuć i, przy okazji, poziom porozumienia w związku doskonale sprawdzają również wspólne kuchenne poczynania. Pod tym względem jesteśmy duetem idealnym, ponieważ:
a) oboje lubimy jeść,
b) żadne nas nie ma nic przeciwko staniu przy garach (przy czym najlepiej, jeśli każde z nas stoi przy nich jednak osobno, coby się nie pozabijać),
c) jesteśmy zgodni co do tego, że jedzenie nie ma wyglądać, tylko smakować (zwłaszcza, że poziom pyszności w przypadku naszych wytworów kulinarnych jest na ogół odwrotnie proporcjonalny do stopnia ich wyjściowości, co owocuje tym, że przy szczególnie brawurowych dziełach sztuki gastronomicznej naszego autorstwa nie sposób oprzeć się dość makabrycznym skojarzeniom),
d) oboje hołdujemy zasadzie, że w kuchni dobrze jest zrobić tak, żeby się nie narobić.
Idealnym sposobem na spożytkowanie frustracji związanej z widmem nędzy przez następny miesiąc okazała się więc radosna produkcja pożywienia wieczorową porą. Toteż, zgodnie uznawszy, że wszystkie warzywa zawsze do siebie pasują, nawet jeśli fasolka, kapusta i kalafiorek, w dodatku z towarzyszeniem paru innych warzywnych kumpli oraz dzikiej mieszanki przypraw, wśród których zabrakło chyba tylko przyprawy do szarlotki (z tym, że głowy nie dam), teoretycznie stanowią dość śmiercionośne combo, wrzucilimy do gara wszystkie płody rolne, zalegające w naszej lodówce, z zamiarem organoleptycznego sprawdzenia, cóż nam z tego wyjść może.
Oficjalna wersja jest taka, że to, co właśnie przyjemnie pyrczy na gazie, zalewając przy okazji pół kuchenki, to tak zwana zupa jesienna, nieoficjalna natomiast sprowadza się do ostrzeżenia, że gdybym jutro podejrzanie długo nie dawała znaku życia, to może oznaczać, że eksperyment się nie powiódł i odnotowano straty w ludziach. Bo to, że zamiast zupy wyjdzie z tego gęsta glajda o fioletowawym odcieniu, z pływającymi gdzieniegdzie ciupkami rozgotowanych warzyw, można było przewidzieć od początku.
Brawa dla mistrzów kuchni, pokoju i łazienki!
a) oboje lubimy jeść,
b) żadne nas nie ma nic przeciwko staniu przy garach (przy czym najlepiej, jeśli każde z nas stoi przy nich jednak osobno, coby się nie pozabijać),
c) jesteśmy zgodni co do tego, że jedzenie nie ma wyglądać, tylko smakować (zwłaszcza, że poziom pyszności w przypadku naszych wytworów kulinarnych jest na ogół odwrotnie proporcjonalny do stopnia ich wyjściowości, co owocuje tym, że przy szczególnie brawurowych dziełach sztuki gastronomicznej naszego autorstwa nie sposób oprzeć się dość makabrycznym skojarzeniom),
d) oboje hołdujemy zasadzie, że w kuchni dobrze jest zrobić tak, żeby się nie narobić.
Idealnym sposobem na spożytkowanie frustracji związanej z widmem nędzy przez następny miesiąc okazała się więc radosna produkcja pożywienia wieczorową porą. Toteż, zgodnie uznawszy, że wszystkie warzywa zawsze do siebie pasują, nawet jeśli fasolka, kapusta i kalafiorek, w dodatku z towarzyszeniem paru innych warzywnych kumpli oraz dzikiej mieszanki przypraw, wśród których zabrakło chyba tylko przyprawy do szarlotki (z tym, że głowy nie dam), teoretycznie stanowią dość śmiercionośne combo, wrzucilimy do gara wszystkie płody rolne, zalegające w naszej lodówce, z zamiarem organoleptycznego sprawdzenia, cóż nam z tego wyjść może.
Oficjalna wersja jest taka, że to, co właśnie przyjemnie pyrczy na gazie, zalewając przy okazji pół kuchenki, to tak zwana zupa jesienna, nieoficjalna natomiast sprowadza się do ostrzeżenia, że gdybym jutro podejrzanie długo nie dawała znaku życia, to może oznaczać, że eksperyment się nie powiódł i odnotowano straty w ludziach. Bo to, że zamiast zupy wyjdzie z tego gęsta glajda o fioletowawym odcieniu, z pływającymi gdzieniegdzie ciupkami rozgotowanych warzyw, można było przewidzieć od początku.
Brawa dla mistrzów kuchni, pokoju i łazienki!
poniedziałek, 3 października 2011
Konkubentowi objawiła się dziś Matka Boska Pieniężna, w związku z czym postanowiliśmy spędzić kawałek późnego popołudnia i nieco wieczoru na typowej i niebywale romantycznej rozrywce owładniętych konsumpcjonizmem dwudziestoparolatków. To znaczy na nabywaniu drogą kupna (ihihi, jeden z moich ulubionych koszmarków językowych!) Dóbr Absolutnie Niezbędnych w Domu i Zagrodzie.
Jak można się było spodziewać, biorąc pod uwagę fakt, że konsumpcjoniści z nas tacy jak z koziej dupy pułk kozacki, a do tego Matuś Pieniężna to nie Święty Mikołaj i uprawia rozdawnictwo w dość ograniczonym zakresie, całe przedsięwzięcie zakończyło się tym, że za wiele nie kupiliśmy, co nie przeszkodziło nam, rzecz jasna, w spłukaniu się do szczętu. Wprawiliśmy się za to w romantyczny nastrój.
- Kocham cię w tej biedzie - wyznałam w miłosnym uniesieniu, spoglądając smętnie na paragon (wszak powszechnie wiadomo, że nie ma lepszego afrodyzjaku niż wspólne nabywanie drogą kupna mopa, kosza na śmieci i papieru toaletowego, no przecież).
- No - lirycznie odrzekł Konkubent, roznamiętniony mniej więcej w tym samym stopniu co ja. - Głównie dlatego, że w bogactwie nie masz okazji.
Fakt. Ale przynajmniej nie może mi zarzucić, że lecę na jego forsę.
Wspólnota… tfu, zerota majątkowa najlepszym wyznacznikiem temperatury uczuć.
Jak można się było spodziewać, biorąc pod uwagę fakt, że konsumpcjoniści z nas tacy jak z koziej dupy pułk kozacki, a do tego Matuś Pieniężna to nie Święty Mikołaj i uprawia rozdawnictwo w dość ograniczonym zakresie, całe przedsięwzięcie zakończyło się tym, że za wiele nie kupiliśmy, co nie przeszkodziło nam, rzecz jasna, w spłukaniu się do szczętu. Wprawiliśmy się za to w romantyczny nastrój.
- Kocham cię w tej biedzie - wyznałam w miłosnym uniesieniu, spoglądając smętnie na paragon (wszak powszechnie wiadomo, że nie ma lepszego afrodyzjaku niż wspólne nabywanie drogą kupna mopa, kosza na śmieci i papieru toaletowego, no przecież).
- No - lirycznie odrzekł Konkubent, roznamiętniony mniej więcej w tym samym stopniu co ja. - Głównie dlatego, że w bogactwie nie masz okazji.
Fakt. Ale przynajmniej nie może mi zarzucić, że lecę na jego forsę.
Wspólnota… tfu, zerota majątkowa najlepszym wyznacznikiem temperatury uczuć.
poniedziałek, 19 września 2011
poniedziałek, 19 września 2011
Przeprowadzka przeprowadzką, a dorosłość dorosłością, ale przy Barbie wymiękłam - zostały. Mniejsza o to, że każda z trzech posiadanych przeze mnie sztuk straciła głowę i kończyny jakieś pół wieku temu, a ich oryginalne fryzury zostały przerobione na artystyczne, asymetryczne cięcie, farbowaną rudość (zasługa kolorowej bibuły) i pięknie przeszydełkowane dready (na kimś musiałam trenować). Nie miałam serca się z nimi rozstać.
Szczególnym sentymentem darzyłam zawsze tę pierwszą, kupioną w Peweksie za jakąś astronomiczną, kompletnie odjechaną sumę. Rodzice sprezentowali mi ją na urodziny. Wykazali się przy tym wyjątkową perfidią i niebywałą podłością wychowawczą - przez cały rok kręcili, zwodząc mnie okrutnie, więc do ostatniej chwili nie miałam pojęcia, że ją dostanę. Wiedziałam tylko, że muszę być supergrzeczna, a może zasłużę. W tym czasie moja Rodzicielka, która pracowała wówczas w szpitalu, razem ze wszystkimi swoimi koleżankami z pracy, spędzała nocki, szyjąc po tajniacku ubranka. Całe laboratorium było zaangażowane w akcję.
W urodzinowy poranek byłam chyba najszczęśliwszą pięciolatką na świecie - nie dość, że dostałam swoją wyśnioną, wymarzoną Barbie, to jeszcze zaopatrzoną w wielkie pudło pełne ciuchów. Łomatko, czego tam nie było! Kiecki na wszelkie możliwe okazje, spódnice, bluzki, sweterki, kompleciki, spodnie, kombinezon, piżama; lalka miała nawet misternie dziergane rajstopy-kabaretki, koronkową bieliznę z guziczkami i superelegancki płaszczyk - z kieszonkami, paskiem, lamówką z aksamitki i pasującymi do płaszczyka wysokimi botkami.
Nie dziwota, że chociaż jedna Barbie szału nie robiła (moja ówczesna przyjaciółka miała chyba z pięć - +50 do popularności na osiedlu!), i tak wszystkie koleżanki z bloku chciały się ze mną bawić. Kudy tam kupnemu przyodziewkowi do takiej garderoby.
Do lalkowego nieba na zasłużony odpoczynek udał się za to mój sterany życiem, nadgryziony zębem czasu Moliden* - głównie dlatego, że jego istotny element, Den, rozsypał mi się dzisiaj w rękach na kawałki i malowniczo wyłysiał.
Nic już nie będzie takie jak kiedyś...
* W skład Molidena - ochrzczonego tym mianem przeze mnie, gdy darłam się w rozpaczy "Gdzie jest mój Moliden?!?" - wchodziły, jak sama nazwa wskazuje, niemieckie lalki Molly i Danny'ego, bohaterów "My Little Pony" (ręka w górę - kto pamięta niedzielne poranki ze Sky One?), które dostałam na Gwiazdkę gdzieś u schyłku lat osiemdziesiątych. Byłam farciarą - przyjaciółka mojej mamy mieszkała w Berlinie, skąd od czasu do czasu przywoziła bajeranckie zabawki, a wcześniej, w czasach mego niemowlęctwa, wysyłała dary w postaci zapasu Penatenu i Milupy.
Szczególnym sentymentem darzyłam zawsze tę pierwszą, kupioną w Peweksie za jakąś astronomiczną, kompletnie odjechaną sumę. Rodzice sprezentowali mi ją na urodziny. Wykazali się przy tym wyjątkową perfidią i niebywałą podłością wychowawczą - przez cały rok kręcili, zwodząc mnie okrutnie, więc do ostatniej chwili nie miałam pojęcia, że ją dostanę. Wiedziałam tylko, że muszę być supergrzeczna, a może zasłużę. W tym czasie moja Rodzicielka, która pracowała wówczas w szpitalu, razem ze wszystkimi swoimi koleżankami z pracy, spędzała nocki, szyjąc po tajniacku ubranka. Całe laboratorium było zaangażowane w akcję.
W urodzinowy poranek byłam chyba najszczęśliwszą pięciolatką na świecie - nie dość, że dostałam swoją wyśnioną, wymarzoną Barbie, to jeszcze zaopatrzoną w wielkie pudło pełne ciuchów. Łomatko, czego tam nie było! Kiecki na wszelkie możliwe okazje, spódnice, bluzki, sweterki, kompleciki, spodnie, kombinezon, piżama; lalka miała nawet misternie dziergane rajstopy-kabaretki, koronkową bieliznę z guziczkami i superelegancki płaszczyk - z kieszonkami, paskiem, lamówką z aksamitki i pasującymi do płaszczyka wysokimi botkami.
Nie dziwota, że chociaż jedna Barbie szału nie robiła (moja ówczesna przyjaciółka miała chyba z pięć - +50 do popularności na osiedlu!), i tak wszystkie koleżanki z bloku chciały się ze mną bawić. Kudy tam kupnemu przyodziewkowi do takiej garderoby.
Do lalkowego nieba na zasłużony odpoczynek udał się za to mój sterany życiem, nadgryziony zębem czasu Moliden* - głównie dlatego, że jego istotny element, Den, rozsypał mi się dzisiaj w rękach na kawałki i malowniczo wyłysiał.
Nic już nie będzie takie jak kiedyś...
* W skład Molidena - ochrzczonego tym mianem przeze mnie, gdy darłam się w rozpaczy "Gdzie jest mój Moliden?!?" - wchodziły, jak sama nazwa wskazuje, niemieckie lalki Molly i Danny'ego, bohaterów "My Little Pony" (ręka w górę - kto pamięta niedzielne poranki ze Sky One?), które dostałam na Gwiazdkę gdzieś u schyłku lat osiemdziesiątych. Byłam farciarą - przyjaciółka mojej mamy mieszkała w Berlinie, skąd od czasu do czasu przywoziła bajeranckie zabawki, a wcześniej, w czasach mego niemowlęctwa, wysyłała dary w postaci zapasu Penatenu i Milupy.
sobota, 10 września 2011
sobota, 10 września 2011
Wieczorna terapia zajęciowa.
Jeszcze surowizna...
...i trochę mniejsza surowizna, która zaczyna nabierać kształtów.
Profesor Snape i bluntcardowa kawowa bijacz są dla mnie, reszta wyruszy w Down Under trip, choć skłamałabym, mówiąc, że wysyłam ją na tę wycieczkę na drugi koniec świata tak całkiem bezinteresownie. Kolczyki są prezentem dla mojej ulubionej Szwagierki i rewanżykiem za mojego kumpla, Pana Ekspresa, oraz ostatnie upiększające dary z Lusha. Uważam, że to całkiem uczciwy biznes.
I cały zestaw - skompletowany, zapakowany i opisany (a co, fabryka cioci pro nie odwala fuszery!) - gotowy do podróży na drugi koniec świata. W gustownym dilerskim worze.
Fabryka z wrodzonego lenistwa, chronicznego niedoczasu oraz - przede wszystkim - rozbuchanej do granic pazerności rzadko dzieli się z bliźnimi, ale jeśli już przyjmuje zamówienia, podchodzi do sprawy profesjonalnie. Najpierw przeprowadza wywiad środowiskowy na temat ulubionych filmów...
...ulubionych postaci...
...i ulubionych bajek z dzieciństwa.
A ponieważ fabryka - jak to z prywaciarzami bywa - nie przepuści żadnej okazji, żeby się nachapać, pokątnie produkuje też na własne potrzeby.
Fabryka z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku zarządza teraz przerwę w twórczości artystycznej, nie wykluczając wznowienia swojej działalności za czas jakiś.
Jeszcze surowizna...
...i trochę mniejsza surowizna, która zaczyna nabierać kształtów.
Profesor Snape i bluntcardowa kawowa bijacz są dla mnie, reszta wyruszy w Down Under trip, choć skłamałabym, mówiąc, że wysyłam ją na tę wycieczkę na drugi koniec świata tak całkiem bezinteresownie. Kolczyki są prezentem dla mojej ulubionej Szwagierki i rewanżykiem za mojego kumpla, Pana Ekspresa, oraz ostatnie upiększające dary z Lusha. Uważam, że to całkiem uczciwy biznes.
I cały zestaw - skompletowany, zapakowany i opisany (a co, fabryka cioci pro nie odwala fuszery!) - gotowy do podróży na drugi koniec świata. W gustownym dilerskim worze.
Fabryka z wrodzonego lenistwa, chronicznego niedoczasu oraz - przede wszystkim - rozbuchanej do granic pazerności rzadko dzieli się z bliźnimi, ale jeśli już przyjmuje zamówienia, podchodzi do sprawy profesjonalnie. Najpierw przeprowadza wywiad środowiskowy na temat ulubionych filmów...
...ulubionych postaci...
...i ulubionych bajek z dzieciństwa.
A ponieważ fabryka - jak to z prywaciarzami bywa - nie przepuści żadnej okazji, żeby się nachapać, pokątnie produkuje też na własne potrzeby.
Fabryka z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku zarządza teraz przerwę w twórczości artystycznej, nie wykluczając wznowienia swojej działalności za czas jakiś.
wtorek, 6 września 2011
wtorek, 6 września 2011
Na poprawę nastroju postanowiłam uczynić coś dla ciała - nałożyłam na paszczę maseczkę z miodli indyjskiej (jeden z dzisiejszych łupów), która, jak się okazało, ma rozkoszną, burozieloną barwę. Wprawdzie Konkubent parska, zwracając się do mnie per "moja ty leśna piękności", w skrytości ducha żałując zapewne, żeśmy niezalegalizowani, gdyż miałby wyborną podstawę do natychmiastowego wystąpienia o rozwód, najlepiej z orzeczeniem o winie, ale ja jestem zachwycona. Zresztą kto by nie był, wyglądając jak skrzyżowanie czającego się po krzakach amerykańskiego żołnierza z orkiem umazanym kaczym gównem?
"No to ci, Kryśka, powiem, że się od dawna tak piękna nie czułam!". Od razu mi weselej.
"No to ci, Kryśka, powiem, że się od dawna tak piękna nie czułam!". Od razu mi weselej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











