Przyznaję to z żalem, ale ostatnio strasznie mi było nie po drodze z bieganiem.
Zaczęło się nieźle: po przydługiej zimowej przerwie raźno zainaugurowałam sezon, poobserwowałam, jak po miesiącach obstawania przy tym, że bieganie stanowi dość ekstremalną formę samoumartwiania się, Współtwórca Komórki rozhulał się do tego stopnia, że sam zaczął hasać jak młody kucyk, i poekscytowałam się trochę spotykaną na trasie zwierzyną*, a potem mój paskudny rozbuchany kryzysoniechciej zwyciężył i żałośnie oklapłam.
Niby dla przyzwoitości od czasu do czasu wychynęłam na jakąś lichą przebieżkę, aczkolwiek zupełnie bez przekonania, bez szału i kompletnie bez sensu, co po raz kolejny dowodzi, że "God, I'm so German have to have a plan". Nic na to nie poradzę - ganianie samopas ewidentnie mi nie służy. Bez planu, który trzymałby mnie w ryzach, po prostu durnieję z nadmiaru swobody, a cała moja wątła samodyscyplina idzie precz. Raz trzaskam sobie wesoło dyszkę, innym razem wracam do domu po piątaku, przymierzam się do piętnastki, ale po dziewięciu kilometrach już mi się odechciewa, idiotycznie ścigam się sama z sobą z pianą na pysku albo całkiem odpuszczam - nie ma planu, jest bajzel. Dlatego muszę mieć konkretny cel, który zmusiłby mnie do określonego wysiłku, i wyraźnie widzieć postępy - bez tego stoję w miejscu, frustruję się, a mój mały, wewnętrzny, nastawiony na rywalizację szczur przeżywa załamanie nerwowe. A ja razem z nim.
Przez chwilę poważnie rozważałam nawet całkiem kuszącą myśl, by rzucić to całe tuptanie w diabły i poprzestać na intensywnym użalaniu się nad sobą (w sumie to też całkiem twórczy sport), ostatecznie doszłam jednak do wniosku, że dopóki nie wyprzedzają mnie niepełnosprawne psy z trzema łapkami, nie jest ze mną jeszcze tak najgorzej. Chociaż niewykluczone, że psy z trzema łapkami są tak zawzięte i zmotywowane, że już niebawem zaczną trzaskać maratony przed śniadaniem, zamiast pielęgnować w sobie kryzysoniechcieja, rozsądniej byłoby więc pójść - a właściwie pobieżeć - w ich ślady. Tak też uczyniłam.
Znalazłam sobie nowy, fajny i przede wszystkim całkiem realny plan, który (po kilku moich modyfikacjach) zakłada, że za siedemnaście tygodni przeszuram kompletnie niewyobrażalny dla mnie w tej chwili kilometraż.
Bardzo starałam się dziś udawać, że nie widzę niepełnosprawnych psów szykujących się do włączenia świateł mijania, i przyjąć do wiadomości fakt, że oto po raz kolejny zostałam młodym padawanem.
Powściągnęłam wewnętrznego szczura i zmusiłam go do subordynacji.
I co? Dawno tak dobrze mi się nie biegało!
Ha!
* Wbrew poważnym obawom, nie były one wytworem mojej wyobraźni - na Dąbrowskiego naprawdę znajduje się Dom Romski Fundacji BAHTAŁE ROMA i po jego ogródku rzeczywiście pałętają się kucyki. Żywe, prawdziwe i sprawiające bardzo sympatyczne wrażenie. Co za ulga, nie mam halucynacji!
poniedziałek, 24 czerwca 2013
piątek, 21 czerwca 2013
[3]. amish level up
Młode ziemniaki! Kapustka! Cukinia! Pomidory smakujące pomidorami, a nie kartonem! Truskaaaawkiiiiii!
Sezon na pyszności w pełni, jak mały futrzak futruję się więc owocami, wszelką możliwą zieleniną i testuję rozmaite smoothie-koktajlowe kombinacje. Przy tej okazji dokonałam żywieniowego odkrycia sezonu: zaparzona i przestudzona miętka wymieszana z melisą bardzo dobrze komponuje się z cynamonem, bananem, siemieniem lnianym i (koniecznie!) natką pietruszki. Mniam.
Korzystając ze sprzyjających okoliczności przyrody, wcielam też w życie plan, obliczony na to, by stopniowo wyrzucić z jadłospisu wszystkie produkty odzwierzęce, jakie jeszcze się w nim ostały. Chyba do tego dojrzałam, tym bardziej, że w moim przypadku całe przedsięwzięcie sprowadza się jedynie do wyeliminowania nabiału - nie cierpię jajek, więc jako takich nie jadam pod żadną postacią, jakiś czas temu wyrugowałam je też z wypieków. Za to do kawy bezwzględnie potrzebuję mleka, aczkolwiek i ten problem da się, jak sądzę, rozwiązać bezboleśnie.
Zaczęło się nieźle - w ramach walki ze zezwierzęceniem pod czujnym okiem Współtwórcy Komórki wcieliłam się wczoraj w młodego padawana i po raz pierwszy w życiu zmajstrowałam dwa litry mleka sojowego. Ha! Amish level up, w końcu związek z obłąkanym kurakiem domowym i perspektywa gustownego czepca zobowiązują.
A ponieważ u porządnej gospodyni nic się nie marnuje, kuchnia fusion bez polotu i finezji zamierza zaserwować jutro wegańskie "burgery rybne" z okary i znalezionych w czeluściach kuchennej szafki wodorostów wakame. Albo coś mniej lub bardziej zbliżonego do tej koncepcji, w zależności od tego, czy eksperyment się powiedzie.
Na wszelki wypadek można trzymać kciuki.
Sezon na pyszności w pełni, jak mały futrzak futruję się więc owocami, wszelką możliwą zieleniną i testuję rozmaite smoothie-koktajlowe kombinacje. Przy tej okazji dokonałam żywieniowego odkrycia sezonu: zaparzona i przestudzona miętka wymieszana z melisą bardzo dobrze komponuje się z cynamonem, bananem, siemieniem lnianym i (koniecznie!) natką pietruszki. Mniam.
Korzystając ze sprzyjających okoliczności przyrody, wcielam też w życie plan, obliczony na to, by stopniowo wyrzucić z jadłospisu wszystkie produkty odzwierzęce, jakie jeszcze się w nim ostały. Chyba do tego dojrzałam, tym bardziej, że w moim przypadku całe przedsięwzięcie sprowadza się jedynie do wyeliminowania nabiału - nie cierpię jajek, więc jako takich nie jadam pod żadną postacią, jakiś czas temu wyrugowałam je też z wypieków. Za to do kawy bezwzględnie potrzebuję mleka, aczkolwiek i ten problem da się, jak sądzę, rozwiązać bezboleśnie.
Zaczęło się nieźle - w ramach walki ze zezwierzęceniem pod czujnym okiem Współtwórcy Komórki wcieliłam się wczoraj w młodego padawana i po raz pierwszy w życiu zmajstrowałam dwa litry mleka sojowego. Ha! Amish level up, w końcu związek z obłąkanym kurakiem domowym i perspektywa gustownego czepca zobowiązują.
A ponieważ u porządnej gospodyni nic się nie marnuje, kuchnia fusion bez polotu i finezji zamierza zaserwować jutro wegańskie "burgery rybne" z okary i znalezionych w czeluściach kuchennej szafki wodorostów wakame. Albo coś mniej lub bardziej zbliżonego do tej koncepcji, w zależności od tego, czy eksperyment się powiedzie.
Na wszelki wypadek można trzymać kciuki.
czwartek, 20 czerwca 2013
[2]. starocie
Ponieważ jestem sentymentalną kozą, niezdolną do tego, by jak ostatnia wyrodna autorka porzucić swoje dotychczasowe blogowe wynurzenia, w ramach zakrojonej na szeroką skalę przeprowadzki oraz akcji "kreatywnie przepieprz wieczór" przytargałam do nowego lokum co zgrabniejsze wpisy z poprzedniego przybytku (zapełniając sobie przy tej okazji nieco pustawe archiwum, ha). Szkoda, żeby tak całkiem poszły na zmarnowanie.
Wybór notek jest oczywiście odautorski i całkowicie subiektywny. Efekty można podziwiać w szufladce "starocie".
No, chyba już się tutaj umościłam.
Wybór notek jest oczywiście odautorski i całkowicie subiektywny. Efekty można podziwiać w szufladce "starocie".
No, chyba już się tutaj umościłam.
środa, 19 czerwca 2013
[1]. drobne uciechy
Pillow talks po naszemu, czyli Wtedy-Jeszcze-Konkubent usiłuje spać, ja natomiast odczuwam palącą potrzebę, by koniecznie z nim pogawędzić.
- Myślisz, że mogę dzisiaj zrobić sobie dzień brudasa i umyć tylko zęby i paszczę? Okropnie nie chce mi się myć włosów.
- Umyj - mruczy Wtedy-Jeszcze-Konkubent. - Kurt nie mył i zobacz, jak skończył.
- Jak to nie mył? Czasem mu się zdarzało. Poza tym myślisz, że to ma jakiś związek?
- Oczywiście, że ma. A Janis? Też nie myła, nie czesała i co?
- Hmm, w sumie coś w tym może być. Biorąc pod uwagę Amy i jej kokon…
- Właśnie. A co Jimi miał na głowie, wszyscy wiemy.
- Czyli że co, sugerujesz, że w Klubie 27 kluczem mogą być włosy?
- Tak. Nieuczesane i nieumyte, dlatego idź się umyj!
Ostatecznie nie udało mi się ustalić, czy przynależność do Klubu 27 ma jakikolwiek związek z włosami - prawdopodobnie dlatego, że jednak postanowiłam je umyć - dość na tym, że do rzeczonego Klubu nie dołączyłam.
I już nie dołączę.
Właśnie skończyłam 28 lat.
Uważam, że to całkiem niezły moment na zmiany, przeprowadzki, nowe plany i nowe początki.
- Myślisz, że mogę dzisiaj zrobić sobie dzień brudasa i umyć tylko zęby i paszczę? Okropnie nie chce mi się myć włosów.
- Umyj - mruczy Wtedy-Jeszcze-Konkubent. - Kurt nie mył i zobacz, jak skończył.
- Jak to nie mył? Czasem mu się zdarzało. Poza tym myślisz, że to ma jakiś związek?
- Oczywiście, że ma. A Janis? Też nie myła, nie czesała i co?
- Hmm, w sumie coś w tym może być. Biorąc pod uwagę Amy i jej kokon…
- Właśnie. A co Jimi miał na głowie, wszyscy wiemy.
- Czyli że co, sugerujesz, że w Klubie 27 kluczem mogą być włosy?
- Tak. Nieuczesane i nieumyte, dlatego idź się umyj!
Ostatecznie nie udało mi się ustalić, czy przynależność do Klubu 27 ma jakikolwiek związek z włosami - prawdopodobnie dlatego, że jednak postanowiłam je umyć - dość na tym, że do rzeczonego Klubu nie dołączyłam.
I już nie dołączę.
Właśnie skończyłam 28 lat.
Uważam, że to całkiem niezły moment na zmiany, przeprowadzki, nowe plany i nowe początki.
wtorek, 11 czerwca 2013
wtorek, 11 czerwca 2013
Zagwozdka, która od dawna nie daje nam z Rodzicielką spokoju: jak wygląda Święto Dziękczynienia w domu Doktor G?
Kroi świątecznego indyka, wykonując standardowe nacięcie w kształcie litery Y?
(Gdyby ktoś pytał, miewamy też poważniejsze problemy, ale ta kwestia aktualnie nurtuje nas najbardziej).
Kroi świątecznego indyka, wykonując standardowe nacięcie w kształcie litery Y?
(Gdyby ktoś pytał, miewamy też poważniejsze problemy, ale ta kwestia aktualnie nurtuje nas najbardziej).
poniedziałek, 10 czerwca 2013
poniedziałek, 10 czerwca 2013
Jeśli dziś jest poniedziałek, to znaczy, że
najprawdopodobniej wysiaduję coś w jakiejś kolejce, tracąc bezpowrotnie
najcenniejsze minuty swego życia. W zeszłym tygodniu sponsorem
odgniecionego tyłka był Oddział Paszportów, w tym - mój ulubiony Ośrodek
Medycyny Rodzinnej i szczęśliwy pan doktór, który czasu nie liczy, w
związku z czym niestraszne mu dwie i pół godziny spóźnienia. W końcu
czymże to jest wobec wieczności.
Ostatecznie jednak moja próżność zwyciężyła nad dziką niechęcią do czekania, skonsultowałam sprawę żałośnie sparchaciałej paszczy, pan doktór uprzejmie potwierdził moją światłą teorię, że wszystkiemu winne są złe hormony, i zapisał mi nowe, dobre i miłe. Szkoda tylko, że pięć razy droższe. Zabolało, ale po cichu liczę na to, że przyoszczędzę na szpachli, bo od wżerania ich rychło wypięknieję i będę jak jutrzenka jaka zaranna. A potem odstawię wszystkie malowidła, od wielkiego dzwonu maznę się jeno jakimś BB kremem czy inszą poranną rosą i pobieżę w stronę ukwieconych łąk, waląc po gałach swą promienną cerą. Czy coś.
Ostatecznie jednak moja próżność zwyciężyła nad dziką niechęcią do czekania, skonsultowałam sprawę żałośnie sparchaciałej paszczy, pan doktór uprzejmie potwierdził moją światłą teorię, że wszystkiemu winne są złe hormony, i zapisał mi nowe, dobre i miłe. Szkoda tylko, że pięć razy droższe. Zabolało, ale po cichu liczę na to, że przyoszczędzę na szpachli, bo od wżerania ich rychło wypięknieję i będę jak jutrzenka jaka zaranna. A potem odstawię wszystkie malowidła, od wielkiego dzwonu maznę się jeno jakimś BB kremem czy inszą poranną rosą i pobieżę w stronę ukwieconych łąk, waląc po gałach swą promienną cerą. Czy coś.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Zstąpiłam dziś do jakiegoś siódmego lub ósmego kręgu piekła. A imię jego
Oddział Paszportów WUW. Zaprawdę, wielka musi być determinacja ludzi,
którzy mniej lub bardziej bezpowrotnie pragną opuścić ten piękny kraj,
gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim
rumieńcem dzięcielina pała i insze badyle.
Spędziłam niebywale produktywny dzień, odgniatając tyłek na kurewsko niewygodnym krzesełku i cierpliwie wyczekując na swój tysiącpińcetstodziwińcetmilionowy numerek, w międzyczasie przez cały ten radosny system kolejkowy przewinęła się chyba cała Wielkopolska, znaczny kawał Mazowsza, Podlasia, Pomorza i Śląska oraz parę państw ościennych (seriously, skąd tam tyle luda? i skąd, do diaska, wziął się tam ten stary esesman z torbą-listonoszką?!?) i generalnie dawno nie czułam się tak wymemłana. Ale załatwiłam, co miałam do załatwienia.
Za miesiąc powtórka. Huhu!
Spędziłam niebywale produktywny dzień, odgniatając tyłek na kurewsko niewygodnym krzesełku i cierpliwie wyczekując na swój tysiącpińcetstodziwińcetmilionowy numerek, w międzyczasie przez cały ten radosny system kolejkowy przewinęła się chyba cała Wielkopolska, znaczny kawał Mazowsza, Podlasia, Pomorza i Śląska oraz parę państw ościennych (seriously, skąd tam tyle luda? i skąd, do diaska, wziął się tam ten stary esesman z torbą-listonoszką?!?) i generalnie dawno nie czułam się tak wymemłana. Ale załatwiłam, co miałam do załatwienia.
Za miesiąc powtórka. Huhu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)