co zasady savoir-vivre'u mówią na temat ustawienia sobie w pracowym mejlu autorespondera o treści fuck off? bardzo to niekulturalne czy przejdzie?
aktualnie mieszkam w piżamie, żywię się kawą, wyglądam jak natłuczone szpadlem zombie, jestem na skraju ludobójstwa, a ten tydzień trwa już chyba ze trzy miesiące. a dziś dopiero środa.
środa, 16 listopada 2016
poniedziałek, 7 listopada 2016
[153].
dziwna ta jesień.
miała być pełna nowego; i właściwie chyba w pewnym sensie jest. mimo to od czasu do czasu powietrze wypełnia zapach starych palonych liści, a z kątów przedwczesnych wieczorów wyłażą zimne dziady listopady i znajome straszydła.
pogodziwszy się z faktem, że zaliczyłam niewątpliwy i pełnowymiarowy życiowy regres gdzieś do czasów liceum, ewentualnie wczesnych studiów – aczkolwiek obawiam się, że to datowanie może być nadto optymistyczne – ze spokojną rezygnacją przyjęłam ten stan rzeczy. co nie znaczy, że ta postapokaliptyczna rzeczywistość nigdy nie odzywa się we mnie tłumionym szlochem.
znowu mieszkam z innymi ludźmi. po lipcowym falstarcie tym razem poszczęściło mi się na tyle, że w najbliższym czasie nie przewiduję żadnych przeprowadzek, chociaż to nadal mój ulubiony sport (ostatnio ex aequo z ucieczkami). lokum, do którego trafiłam z pięciorgiem innych, zupełnie obcych Simsów, przerodziło się jednak w całkiem sprawnie funkcjonujący kolektyw i mimo początkowych obaw (także o to, czy nikt nie będzie nam zabierał drabinek do basenu), naprawdę dobrze nam się razem mieszka. zgodnie rujnujemy się na papier toaletowy, którego wiecznie nam brakuje, po odwiedzinach babci O. wszyscy chętnie dalibyśmy się jej uwnuczyć, jemy ziemniaki, w które zaopatrzył nas D., dzięki czemu nie umrzemy z głodu mniej więcej do marca, organizujemy Ogólnopolskie Dni Prania i regularnie wpadamy na siebie w naszej dizajnerskiej kuchni zaprojektowanej jako grab & go, w której urządzamy sobie nasiadówki na stojąco.
mam własny pokój. ładny, biało-fioletowy, pachnący cynamonem; z workiem sako, w który zapadam się w piątkowe wieczory, piję wino, zapełniam luki w wykształceniu filmowym i meandruję muzycznie, z czarną tablicą, po której bazgrzę w zawodowym amoku niczym John Nash branży wydawniczej, i z głupią roślinką o imieniu Palemkje na parapecie. i z zasady nie zapraszam do niego żadnych gości.
bywam w miejscach, których nie odwiedzałam od wieków, by z pewnym zdumieniem, podszytym nutką leciuchnej nostalgii, zauważyć, że właściwie nic się w nich nie zmieniło. lub przeciwnie: że panta rhei. znowu przyjaźnię się z ludźmi, którzy lata temu przepadli gdzieś w mrokach niepamięci. jak się okazało, przez ten czas dorośliśmy na tyle i zmieniliśmy się do tego stopnia, że zwyczajnie lubimy się jako my teraźniejsi, bez zapuszczania się w gąszcz jakichś mętnych wspomnień. możliwe też, że po prostu nadżarła nas już skleroza i dlatego nie pamiętamy, dlaczego przez ostatnie tysiąclecia w ogóle nie mieliśmy z sobą kontaktu.
historia zatoczyła koło – znowu chodzę w wielkim swetrze, który wygląda jak owoc wyprawy łupieżczej do katakumb Kurta Cobaina, ale chyba prezentuję się ciut lepiej niż piętnaście lat temu. noszę zawadiacki kapelusz i motocyklówki, maluję paznokcie na fioletowo i potrząsam buńczucznie rudymi włosami, a im bardziej mi szaro, miałko i markotnie, tym mocniej zbroję się w wyrazistość i konkret. konkret, chłopaku, konkret, albo wszyscy zginiemy.
popsuło mi się bieganie. w ogóle dużo rzeczy się we mnie popsuło. na zabój zakochałam się za to w spinningu, w związku z czym minimum dwa razy w tygodniu radośnie wskakuję na podeścik zalany wściekle dyskotekowym światłem i zaliczam premie górskie w takt skocznych kawałków, których normalnie nigdy w życiu nie zapuściłabym sobie z własnej woli. pot zalewa mi oczy, endorfiny zalewają mózg, w nogach czuję ogień i po pięćdziesięciu minutach schodzę z roweru mokra jak szczur i szczęśliwa.
być może właśnie na tym to wszystko polega. the trick is to keep breathing.
miała być pełna nowego; i właściwie chyba w pewnym sensie jest. mimo to od czasu do czasu powietrze wypełnia zapach starych palonych liści, a z kątów przedwczesnych wieczorów wyłażą zimne dziady listopady i znajome straszydła.
pogodziwszy się z faktem, że zaliczyłam niewątpliwy i pełnowymiarowy życiowy regres gdzieś do czasów liceum, ewentualnie wczesnych studiów – aczkolwiek obawiam się, że to datowanie może być nadto optymistyczne – ze spokojną rezygnacją przyjęłam ten stan rzeczy. co nie znaczy, że ta postapokaliptyczna rzeczywistość nigdy nie odzywa się we mnie tłumionym szlochem.
znowu mieszkam z innymi ludźmi. po lipcowym falstarcie tym razem poszczęściło mi się na tyle, że w najbliższym czasie nie przewiduję żadnych przeprowadzek, chociaż to nadal mój ulubiony sport (ostatnio ex aequo z ucieczkami). lokum, do którego trafiłam z pięciorgiem innych, zupełnie obcych Simsów, przerodziło się jednak w całkiem sprawnie funkcjonujący kolektyw i mimo początkowych obaw (także o to, czy nikt nie będzie nam zabierał drabinek do basenu), naprawdę dobrze nam się razem mieszka. zgodnie rujnujemy się na papier toaletowy, którego wiecznie nam brakuje, po odwiedzinach babci O. wszyscy chętnie dalibyśmy się jej uwnuczyć, jemy ziemniaki, w które zaopatrzył nas D., dzięki czemu nie umrzemy z głodu mniej więcej do marca, organizujemy Ogólnopolskie Dni Prania i regularnie wpadamy na siebie w naszej dizajnerskiej kuchni zaprojektowanej jako grab & go, w której urządzamy sobie nasiadówki na stojąco.
mam własny pokój. ładny, biało-fioletowy, pachnący cynamonem; z workiem sako, w który zapadam się w piątkowe wieczory, piję wino, zapełniam luki w wykształceniu filmowym i meandruję muzycznie, z czarną tablicą, po której bazgrzę w zawodowym amoku niczym John Nash branży wydawniczej, i z głupią roślinką o imieniu Palemkje na parapecie. i z zasady nie zapraszam do niego żadnych gości.
bywam w miejscach, których nie odwiedzałam od wieków, by z pewnym zdumieniem, podszytym nutką leciuchnej nostalgii, zauważyć, że właściwie nic się w nich nie zmieniło. lub przeciwnie: że panta rhei. znowu przyjaźnię się z ludźmi, którzy lata temu przepadli gdzieś w mrokach niepamięci. jak się okazało, przez ten czas dorośliśmy na tyle i zmieniliśmy się do tego stopnia, że zwyczajnie lubimy się jako my teraźniejsi, bez zapuszczania się w gąszcz jakichś mętnych wspomnień. możliwe też, że po prostu nadżarła nas już skleroza i dlatego nie pamiętamy, dlaczego przez ostatnie tysiąclecia w ogóle nie mieliśmy z sobą kontaktu.
historia zatoczyła koło – znowu chodzę w wielkim swetrze, który wygląda jak owoc wyprawy łupieżczej do katakumb Kurta Cobaina, ale chyba prezentuję się ciut lepiej niż piętnaście lat temu. noszę zawadiacki kapelusz i motocyklówki, maluję paznokcie na fioletowo i potrząsam buńczucznie rudymi włosami, a im bardziej mi szaro, miałko i markotnie, tym mocniej zbroję się w wyrazistość i konkret. konkret, chłopaku, konkret, albo wszyscy zginiemy.
popsuło mi się bieganie. w ogóle dużo rzeczy się we mnie popsuło. na zabój zakochałam się za to w spinningu, w związku z czym minimum dwa razy w tygodniu radośnie wskakuję na podeścik zalany wściekle dyskotekowym światłem i zaliczam premie górskie w takt skocznych kawałków, których normalnie nigdy w życiu nie zapuściłabym sobie z własnej woli. pot zalewa mi oczy, endorfiny zalewają mózg, w nogach czuję ogień i po pięćdziesięciu minutach schodzę z roweru mokra jak szczur i szczęśliwa.
być może właśnie na tym to wszystko polega. the trick is to keep breathing.
piątek, 4 listopada 2016
[152].
tłukąc się rano po kuchni, potłukłam pieprzniczkę. i zrobiło mi się strasznie smutno, ponieważ:
postanowiłam zatem, że mimo wszelkich przeciwności losu oraz niewątpliwej beznadziei sytuacji ocalę szkaradę. bo tak.
ogarnęłam pobojowisko, zebrałam szczątki, pieczołowicie je obmyłam i ułożyłam ostrożnie na ściereczce do wyschnięcia, aby później je posklejać. moim poczynaniom z życzliwą ciekawością przyglądał się D. – mój współlokator i prawdopodobnie jeden z najsympatyczniejszych chłopców na ziemi. gdybym miała córkę w wieku licealnym, byłabym przeszczęśliwa, dowiedziawszy się, że postanowiła zaprosić go na studniówkę. nawet sama bym ich na tę studniówkę zawiozła.
– ten pacjent będzie żył! – zapowiedziałam z mocą, kiedy już uporałam się ze sprzątaniem i czynnościami przygotowawczymi do aktu wskrzeszenia.
D. pokiwał głową ze zrozumieniem. mieszkamy razem już wystarczająco długo, by zdążył przyzwyczaić się do moich dziwactw.
– jesteś takim Zbigniewem Religą trochę – orzekł.
dokładnie tak. jestem Zbigniewem Religą pieprzniczek, ha!
- była to najbardziej odrażająca pieprzniczka, jaką widział świat, i w duecie z równie szpetną solniczką stanowiły absolutny szczyt estetycznego zwyrodnienia.
- miała dla mnie wartość sentymentalną i była ze mną od wieków. moja obłąkana Rodzicielka sprezentowała mi ją, kiedy zaczynałam pierwszy rok studiów i kompletowałam podstawowy ekwipunek; drugiej takiej ze świecą szukać (pieprzniczki w sensie, choć Rodzicielki w zasadzie też).
postanowiłam zatem, że mimo wszelkich przeciwności losu oraz niewątpliwej beznadziei sytuacji ocalę szkaradę. bo tak.
ogarnęłam pobojowisko, zebrałam szczątki, pieczołowicie je obmyłam i ułożyłam ostrożnie na ściereczce do wyschnięcia, aby później je posklejać. moim poczynaniom z życzliwą ciekawością przyglądał się D. – mój współlokator i prawdopodobnie jeden z najsympatyczniejszych chłopców na ziemi. gdybym miała córkę w wieku licealnym, byłabym przeszczęśliwa, dowiedziawszy się, że postanowiła zaprosić go na studniówkę. nawet sama bym ich na tę studniówkę zawiozła.
– ten pacjent będzie żył! – zapowiedziałam z mocą, kiedy już uporałam się ze sprzątaniem i czynnościami przygotowawczymi do aktu wskrzeszenia.
D. pokiwał głową ze zrozumieniem. mieszkamy razem już wystarczająco długo, by zdążył przyzwyczaić się do moich dziwactw.
– jesteś takim Zbigniewem Religą trochę – orzekł.
dokładnie tak. jestem Zbigniewem Religą pieprzniczek, ha!
niedziela, 30 października 2016
[151].
długo udawałam, że ten problem mnie nie dotyczy, że Ned Stark okropnie ściemniał i tak sobie tylko posępnie straszył, a zima w ogóle się nie wydarzy. ale już dłużej chyba się nie da.
po raz pierwszy od prawie trzech lat (!) założyłam dziś na grzbiet zimową kurtkę. i załkałam. oto ujrzałam bowiem sunącą górę drożdżowego ciasta, Jabbę Hutta przyobleczonego w obmierzłe barchany, beztaliowe i obłe ogacone… coś. nie wiem co, ale dość żałosne.
niech mi ktoś, kurna, przypomni, co mi się w tej emigracji do ciepłych krajów nie podobało? bo na pewno nie była to pogoda.
po raz pierwszy od prawie trzech lat (!) założyłam dziś na grzbiet zimową kurtkę. i załkałam. oto ujrzałam bowiem sunącą górę drożdżowego ciasta, Jabbę Hutta przyobleczonego w obmierzłe barchany, beztaliowe i obłe ogacone… coś. nie wiem co, ale dość żałosne.
niech mi ktoś, kurna, przypomni, co mi się w tej emigracji do ciepłych krajów nie podobało? bo na pewno nie była to pogoda.
czwartek, 27 października 2016
[150].
październikowe uzależnienia:
spinning (nowa miłość!), orzechy włoskie, Remember Us to Life Reginy Spektor, piernikowe świeczki, protesty w słusznej sprawie, hummus, tofu i warzywa na patelnię z Lidla (moje kulinarne lenistwo zaczyna mnie przerażać), kapelusz (nareszcie znalazłam taki, w którym nie wyglądam jak Terry Pratchett sprzedający niebieską metę!), korzenne ciasteczka, wirtualne pogawędki nocną porą.
piątek, 21 października 2016
[149].
ostatnio nie mam życia, na osłodę usiłuję więc pokolekcjonować trochę obrazków z martwymi królami i książętami sygnowanych przez NBP. a przy okazji udowodnić sobie i światu, że moja kariera zawodowa nie jest zakamuflowaną działalnością w ramach trzeciego sektora – satysfakcjonującą, ale pieruńsko nieopłacalną. prawdę mówiąc, idzie mi tak se.
tak owak tkwię zakopana w tekstach. i regularnie wydaję z siebie kwiki radości, kiedy w szalenie poważnym artykule w poważnym czasopiśmie dla poważnego odbiorcy pani aŁtorka pisze takie rzeczy:
Nasi dziadkowie bywali często na wojnie w wieku kilkunastu lat.
no pewnie. tu Irak, tam Wietnam, trochę Afganistan, i tak się jakoś nazbierało. poza tym kiedyś to były wojny, trwały po dwadzieścia lat i więcej, więc pewnie wypadało bywać. wojning zamiast klubingu, co poradzić.
dużo uciechy sprawia mi również rozgryzanie prawideł rządzących alternatywną interpunkcją stosowaną przez niektórych aŁtorów. skrycie podejrzewam, że ich taktyka jest następująca:
pomyśl o najbardziej nieprawdopodobnym miejscu w zdaniu, w którym nikt przy zdrowych zmysłach nie postawiłby przecinka, i jebnij go właśnie tam. a potem randomowo dodaj jeszcze ze trzy. trolololo.
iiiik!
swoją drogą, zastanawia mnie jedno: im dłużej pracuję w swoim zawodzie, dłubię rozmaite teksty, udoskonalam swoje skille upierdliwej grammar nazi i coraz bardziej się wymądrzam (na ogół wiedząc, o czym mówię, i mając rację), tym częściej miewam wątpliwości, przekopuję mądre książki, sprawdzam zasady, zaglądam do słowników i podglądam trwożliwie, co mają na ten temat do powiedzenia mądrzy ludzie.
to przejaw jakiegoś ciągłego samorozwoju i niesłabnącego pędu do wiedzy czy smutny dowód na to, że robię się coraz głupsza?
tak owak tkwię zakopana w tekstach. i regularnie wydaję z siebie kwiki radości, kiedy w szalenie poważnym artykule w poważnym czasopiśmie dla poważnego odbiorcy pani aŁtorka pisze takie rzeczy:
Nasi dziadkowie bywali często na wojnie w wieku kilkunastu lat.
no pewnie. tu Irak, tam Wietnam, trochę Afganistan, i tak się jakoś nazbierało. poza tym kiedyś to były wojny, trwały po dwadzieścia lat i więcej, więc pewnie wypadało bywać. wojning zamiast klubingu, co poradzić.
dużo uciechy sprawia mi również rozgryzanie prawideł rządzących alternatywną interpunkcją stosowaną przez niektórych aŁtorów. skrycie podejrzewam, że ich taktyka jest następująca:
pomyśl o najbardziej nieprawdopodobnym miejscu w zdaniu, w którym nikt przy zdrowych zmysłach nie postawiłby przecinka, i jebnij go właśnie tam. a potem randomowo dodaj jeszcze ze trzy. trolololo.
iiiik!
swoją drogą, zastanawia mnie jedno: im dłużej pracuję w swoim zawodzie, dłubię rozmaite teksty, udoskonalam swoje skille upierdliwej grammar nazi i coraz bardziej się wymądrzam (na ogół wiedząc, o czym mówię, i mając rację), tym częściej miewam wątpliwości, przekopuję mądre książki, sprawdzam zasady, zaglądam do słowników i podglądam trwożliwie, co mają na ten temat do powiedzenia mądrzy ludzie.
to przejaw jakiegoś ciągłego samorozwoju i niesłabnącego pędu do wiedzy czy smutny dowód na to, że robię się coraz głupsza?
piątek, 7 października 2016
[148].
mówię to i powiadam: gdyby powodzenie całego przedsięwzięcia zależało li tylko od misternie skonstruowanego planu, moje życie byłoby niekończącym się pasmem gwiezdnych sukcesów. przysięgam.
wspominałam już o tym sto razy, wspomnę sto pierwszy, bo nic się nie zmieniło: uwielbiam robić plany. kocham tworzyć listy, rozpisywać punkt po punkcie zadania do wykonania i czynię to przy każdej możliwej okazji. listy zakupów, jadłospisy, zawodowe rozkłady jazdy z tekstami do sprawdzenia, zestawienia ekstra zleceń, plany dnia, listy rzeczy, o których bezwzględnie powinnam pamiętać – jestem mistrzynią planowania, królową planowania, podniosłam planowanie do rangi sztuki.
nic więc dziwnego, że mam też plan na jesień. całkiem ambitny.
rzeczony plan narodził się jakiś czas temu, w pewien leniwy, warszawski wieczór, spędzony oczywiście wraz z N. właściwie zarówno plan, jak i sam wieczór w ogóle nie powinien się był zdarzyć, ponieważ wszystkie elementarne prawidła wszechświata nakazywałyby nam raczej umrzeć na kaca, zamiast cokolwiek planować i roztaczać przed sobą nawzajem jakieś dalekosiężne wizje przyszłości. byłoby to całkiem uzasadnione, zważywszy na fakt, że poprzednia noc upłynęła nam głównie pod znakiem aperolu i innych bachicznych uciech – ja na ten przykład o siódmej rano siedziałam jeszcze na balkonie w towarzystwie (a jakże!) branży gastro i w ciemnych okularach, przy dźwiękach Die Toten Hosen, witałam budzący się dzień. to nie miało prawa skończyć się dobrze.
tymczasem – niespodzianka! nie tylko nie umarłyśmy, ale i byłyśmy w stanie całkiem rozsądnie myśleć i wymieniać błyskotliwe uwagi. mało tego, znalazłyśmy w sobie nawet wystarczająco dużo energii, by zrobić oko, wyskoczyć na późny obiad, wybrać się do kina, a następnie spędzić resztę wieczoru, popijając herbatę i czytając książki. oraz planując. bo najwyższy czas zadbać o siebie oraz swój szeroko pojęty dobrostan – teraz, zaraz, natychmiast. właśnie tej jesieni.
zmieniłam fryzurę, zapisałam się na siłkę i kupiłam obłędną bieliznę.
uważam, że to całkiem niezły początek.
wspominałam już o tym sto razy, wspomnę sto pierwszy, bo nic się nie zmieniło: uwielbiam robić plany. kocham tworzyć listy, rozpisywać punkt po punkcie zadania do wykonania i czynię to przy każdej możliwej okazji. listy zakupów, jadłospisy, zawodowe rozkłady jazdy z tekstami do sprawdzenia, zestawienia ekstra zleceń, plany dnia, listy rzeczy, o których bezwzględnie powinnam pamiętać – jestem mistrzynią planowania, królową planowania, podniosłam planowanie do rangi sztuki.
nic więc dziwnego, że mam też plan na jesień. całkiem ambitny.
rzeczony plan narodził się jakiś czas temu, w pewien leniwy, warszawski wieczór, spędzony oczywiście wraz z N. właściwie zarówno plan, jak i sam wieczór w ogóle nie powinien się był zdarzyć, ponieważ wszystkie elementarne prawidła wszechświata nakazywałyby nam raczej umrzeć na kaca, zamiast cokolwiek planować i roztaczać przed sobą nawzajem jakieś dalekosiężne wizje przyszłości. byłoby to całkiem uzasadnione, zważywszy na fakt, że poprzednia noc upłynęła nam głównie pod znakiem aperolu i innych bachicznych uciech – ja na ten przykład o siódmej rano siedziałam jeszcze na balkonie w towarzystwie (a jakże!) branży gastro i w ciemnych okularach, przy dźwiękach Die Toten Hosen, witałam budzący się dzień. to nie miało prawa skończyć się dobrze.
tymczasem – niespodzianka! nie tylko nie umarłyśmy, ale i byłyśmy w stanie całkiem rozsądnie myśleć i wymieniać błyskotliwe uwagi. mało tego, znalazłyśmy w sobie nawet wystarczająco dużo energii, by zrobić oko, wyskoczyć na późny obiad, wybrać się do kina, a następnie spędzić resztę wieczoru, popijając herbatę i czytając książki. oraz planując. bo najwyższy czas zadbać o siebie oraz swój szeroko pojęty dobrostan – teraz, zaraz, natychmiast. właśnie tej jesieni.
zmieniłam fryzurę, zapisałam się na siłkę i kupiłam obłędną bieliznę.
uważam, że to całkiem niezły początek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
