piątek, 13 marca 2015

[95]. skończył mi się kawałek literatury. JESTEM ZASMUTKOWANA

lekturowa monogamia nigdy nie była moją mocną stroną. właściwie to jestem beznadziejnym przypadkiem literackiego promiskuityzmu – zmieniam obiekty fascynacji jak rękawiczki, oddaję się im łatwo, chętnie i beztrosko, a moje czytelnicze prowadzenie się jest doprawdy pożałowania godne. nie jestem ani wierna, ani tym bardziej wybredna.

już sama myśl, że kiedykolwiek musiałabym stanąć przed absurdalną koniecznością dokonania wyboru i wyłuskania spośród tylu mądrych, pięknych i przezabawnych książek stworzonych przez ludzkość od początku świata tylko jednej, by nonszalancko przykleić jej etykietę tej jedynej, najukochańszej i najwspanialszej, bo od tego zależałoby na przykład moje życie, napawa mnie zgrozą w najczystszej postaci. trudno, zginęłabym, bo po prostu się nie da, no nie da się, no.

gdzieś w najbardziej zagraconych zakamarkach umysłu skrzętnie przechowuję stale rozrastającą się listę książek, które w którymś momencie życia z rozmaitych powodów były dla mnie ważne. z niektórych z nich całkiem wyrosłam, do innych nadal zdarza mi się wracać w ramach podróży sentymentalnych, jeszcze inne wciąż tkwią we mnie głęboko, przeszywając niestygnącym zachwytem. mam w sobie całe światy; niektóre z nich stygną, gasną, a na ich miejsce pojawiają się nowe.

i tylko strasznie mi smutno, że jeden z tych światów, ten podtrzymywany przez cztery słonie stojące na grzbiecie wielkiego żółwia A’Tuina, sunącego leniwie przez bezkresności wszechświata, właśnie się skończył.

poniedziałek, 9 marca 2015

[94]. o tym, że zostałam młodym padawanem, co to w trudzie i znoju nauki pobiera

ostatni łikend upłynął mi pod znakiem kawiarnianych szaleństw. brzmi nieźle i tak właśnie było, pewną ciekawostkę może natomiast stanowić fakt, że nie wypiłam przy tym ani kropli alkoholu, przesadnej kulinarnej rozpuście też się nie oddałam, bo zjadłam jedną (słownie: jedną) brzoskwinię i kawałek arbuza, dziób w kawie umoczyłam zaledwie kilka razy, dopijając do końca raptem jeden kubek, osiągnęłam za to nieznany mi dotąd poziom fizycznego zmęczenia spowodowanego intensywną zabawą zarobkową. innymi słowy, zaczęłam nową pracę.

rzeczona praca, jak to zwykle przy tego typu nagłych życiowych zwrotach akcji bywa, spadła mi z nieba dość nieoczekiwanie, aczkolwiek skłamałabym, mówiąc, że w ogóle na nią nie liczyłam. o ile bowiem – między innymi jako modelowa przedstawicielka swojego nędznego pokolenia, od dzieciństwa karmionego wyssanymi z palca bredniami, że porządna edukacja uchroni nas przed smutną koniecznością smażenia fryt, latania z tacą i mycia garów, w które w swej naiwności uwierzyłam – powołanie i predyspozycje do spędzenia życia zawodowego w branży hospitality mam raczej mizerne, o tyle kawa sama w sobie zdecydowanie mnie jara. tak, umiejętność robienia doskonałej kawy, wliczając w to opanowanie choćby najbanalniejszych podstaw zachwycającej sztuki latte art, od zawsze znajdowała się na liście rzeczy, których bardzo chciałabym się kiedyś nauczyć. toteż się uczę.

pobieranie nauk, jak można się było spodziewać, okupione jest oczywiście pewnym wysiłkiem, głównie fizycznym, i leciuchnym cierpieniem. mam poparzone palce, pachnę ciepłym mlekiem, tym charakterystycznym zapachem najedzonego, zadowolonego z życia niemowlaka, a mój lichy biceps, który dawno temu zapomniał, jak wygląda przyzwoita sesja ćwiczeń, po dwóch dniach targania skrzynek postanowił zareagować i odezwać się lekkim bólem. wtórują mu malowniczo posiniaczone uda.

w tym szaleństwie jest jednak całkiem niegłupia metoda. przez dwa dni nauczyłam się więcej niż przez osiem miesięcy pracy w poprzednim miejscu, nikogo nie otrułam, nie uszkodziłam ani trwale nie okaleczyłam, nikt się nie skarżył, przynajmniej nie otwarcie, niczego nie potłukłam ani nie rozpieprzyłam z hukiem, choć każdemu mojemu przelotowi z tacą wypełnioną po brzegi szklankami, spodeczkami, kubkami i szklanymi buteleczkami towarzyszyła ciepła myśl o mojej szanownej Rodzicielce, która, widząc mnie w otoczeniu tylu przerażająco łatwo tłukących się przedmiotów, niechybnie przeżegnałaby się nogą. spieniłam idealnie lekko ponad sto litrów mleka, obudzona w środku nocy jestem już w stanie strzelić brawurowe chai latte, a do tego – co w sumie cieszy mnie najbardziej – moja niepewna i niewprawna ręka powoli zaczyna poddawać się nieśmiałym próbom kiełznania. co oznacza, że przy odpowiedniej dozie uporu umiem już narysować na powierzchni kawy serduszko, lichą rozetkę i imponującego grzyba atomowego. nadal z przewagą grzyba, niestety, ale przynajmniej przestałam już mazać uglupy do złudzenia przypominające rozkraczone peniski, a więc jest postęp.

obstawiam, że przy tym tempie już niebawem będę tworzyć przepiękne paparotki, rozłożyste listowie, łabądki i inne zwierzątka. dajcie mi tylko ze dwa miesiące, a będzie pięknie, słowo. bo w to, że kiedykolwiek opanuję umiejętność noszenia tych pieprzonych skrzynek z mlekiem tak, by przestać nabijać sobie siniaki, raczej nie wierzę. to byłoby już za piękne. i kompletnie nie w moim stylu.

sobota, 28 lutego 2015

[93]. they tried to make me go to rehab but I said "no, no, no" – luty 2015

uzależnienia:

  • mleko migdałowe. no dobra, nie cierpię wstawać o piątej rano, żeby wydoić migdały, ale co zrobić.
  • szorty. od jakichś dwóch miesięcy nie miałam na tyłku długich spodni i chyba trochę zaczynam za nimi tęsknić. warunkująca przeżycie australijskiego lata konieczność obnażania odnóży ma jednak jeszcze jedną, ukrytą zaletę – nieźle motywuje do pozbycia się budyniu stąd i zowąd. proces nadal w toku, ale jestem już bliżej niż dalej, co szalenie mnie cieszy. powrót skruszonego tuptacza marnotrawnego może mieć z tym coś wspólnego.
  • Perth City Library. wprawdzie byłabym pewnie nieco mądrzejsza, gdybym od czasu do czasu wypożyczała stamtąd również jakieś książki, ale z drugiej strony w życiu nie obejrzałam tylu filmów, co przez ostatnie kilka tygodni, a to też – jak by nie patrzeć – jakaś forma poszerzania horyzontów, nie? no i dzięki temu życie rodzinne jeszcze tak całkiem mi nie umarło. nawet jeśli jego szczątkowa odmiana toczy się przy Ocean’s Eleven czy Something's Gotta Give zamiast przy ukraińskim kinie poetyckim albo offowych nollywoodzkich produkcjach.
  • wiedźmin. i co z tego, że znam na pamięć i nawet obudzona w środku nocy byłabym w stanie bez zająknięcia wyrecytować pełen skład osobowy Loży, i tak lubię sobie chłopaka odświeżyć. tym bardziej, że mój mózg ostatnimi czasy zdradza leciuchne objawy postępującego durnienia i po regularnych spotkaniach z tekstami na temat konstruowania pułapek na mrówki, produkcji szkła zbrojonego albo garncarstwa w osiemnastowiecznej Anglii dość rozpaczliwie domaga się językowego płodozmianu.
  • Pendragon i Men Who Climb Mountains, czyli mój nowy numer jeden na biegowej plejliście.

sobota, 31 stycznia 2015

[92]. they tried to make me go to rehab but I said "no, no, no" – styczeń 2015

uzależnienia:
  • czytanie po nocach. śpię po trzy-cztery godziny, bo szkoda mi czasu, łykam średnio po trzy wielkogabarytowe książki tygodniowo. to oficjalne – jestem w ciągu.
  • turkusowy lakier do paznokci z jakiejś limitowanki essence, taki z piaskowymi drobinkami. dobry, bo tani, dobry, bo pancerny. szkoda, że przy okazji pieruńsko ciężko go zmyć.
  • smoothies i surowizna w każdej postaci. podstawa jadłospisu zapewniającego przetrwanie przy trzydziestu ośmiu stopniach w górę.
  • soczewki. pokochałam je – nomen omen – od pierwszego wejrzenia, od kiedy zaczęłam je nosić we wrześniu, ale teraz, latem, po prostu nie wyobrażam sobie bez nich życia. błogosławieństwo!
  • Born Free Blue King Brown. idealna playlista do biegania.

czwartek, 29 stycznia 2015

[91]. mało ci werbalnych wygibasów? double them!

od pewnego czasu przeżywam stan interesującego lingwistycznego rozdwojenia. przyznaję, że z praktycznego punktu widzenia bywa on niekiedy uciążliwy i cokolwiek irytujący, ale jednocześnie mój wewnętrzny językowy zboczeniec bawi się w sumie całkiem nieźle. i jestem szalenie ciekawa, dokąd ostatecznie mnie to wszystko zaprowadzi. bo na razie prowadzi głównie do nielichego bajzlu.

w głowie mam kołowrót, sny mam bilingwalne, myślę w dwóch językach równocześnie, choć w różnych proporcjach, a mój językowy obraz świata dramatycznie stracił na spójności i drży w posadach. wiem, że od osiągnięcia choćby względnej równowagi w tej dzikiej ekwilibrystyce dzielą mnie jeszcze całe lata świetlne, ale hej, mam sporo czasu. i jestem zdeterminowana.

chodzenie do szkoły nigdy dotąd nie było tak ekscytujące. no dobra, jako dzieciak w wieku wczesnoszkolnym należałam do grona tych głupawych smarkaczy, które już w połowie sierpnia siedziały jak na szpilkach, nie mogąc doczekać się września. obwąchiwałam nowe książki, poczytywałam je ukradkiem, ostrzyłam ołówki i kredunie, obkładałam zeszyty i z zachwytem uzupełniałam wyposażenie piórnika. potem trochę mi przeszło – najwyraźniej mój dorastający mózg załapał wreszcie oczywisty ciąg przyczynowo-skutkowy: kończą się wakacje – zaczyna się szkoła – wypadałoby się uczyć – to dość męczące. szczególnie, jeśli natura wyposażyła cię w nieznośny wewnętrzny imperatyw ciągłego podskakiwania wyżej metaforycznej dupy, bo przecież zawsze mogłabym więcej, lepiej, idealnie. mimo to koniec sierpnia (a później września – na studiach wcale nie zelżało) zawsze podszyty był dla mnie niepowściągliwym i – zważywszy na okoliczności – cokolwiek niestosownym podekscytowaniem.

teraz jest jeszcze gorzej. mój umysł, obudzony z letargu po przydługim okresie powolnego gnuśnienia, wszedł w stan jakiejś permanentnej hipomanii. myśli wylewają mi się uszami, w głowie mam językowy rollercoaster, słowa, zdania, pojęcia i konstrukcje wirują w niej jak w bębnie pralki na wysokich obrotach i ciągle dokładam nowe. nie wiem, ile jeszcze się zmieści i nie obchodzi mnie to. chcę więcej, więcej, więcej!

nie zależy mi na tym, żeby po prostu jakośsiędogadać, załatwiać sprawy w banku, ucinać sobie pogawędki z nieznajomymi i konsumować ze zrozumieniem obszerne listy polepszaczy smaku zamieszczone na kolorowych opakowaniach produktów w supermarkecie. język ograniczony przez swoje leksykalne oraz składniowe niedostatki i sprowadzony jedynie do swojej komunikacyjnej funkcji – choć jest ona niewątpliwie szalenie istotna – nie pociąga mnie w najmniejszym nawet stopniu.

wybacz, Ludwig, ale granice mojego języka nie są granicami mojego świata. w moim świecie są głupie skojarzenia i niekiedy całkiem niegłupie treści, intertekstualność, strzeliste frazy, wielkie narracje, małe dekonstrukcje, banały, wzruszenia, wieloznaczność i znaczenie. tylko czasem po prostu nie umiem jeszcze ich nazwać.

czwartek, 22 stycznia 2015

[90]. trzysta sześćdziesiąt pięć dni w dziewięciu akapitach, czyli wielki powrót na łono blogowego ekshibicjonizmu

trzysta sześćdziesiąt pięć dni temu, targając za sobą trzydziestokilogramową walizę, w której jakimś cudem udało mi się upchnąć większość dobytku absolutnie niezbędnego do przetrwania na drugim końcu świata, opuściłam budynek lotniska w Perth. była trzecia w nocy, termometr wskazywał dwadzieścia dziewięć stopni, a powietrze pachniało latem i lodami śmietankowymi o smaku orzechów włoskich. tak zaczęła się moja wyprawa życia.

wprawdzie w tym roku wyjątkowo powstrzymałam się od jakichkolwiek podsumowań i noworocznych postanowień, ale kiedy myślę o ostatnich dwunastu miesiącach, muszę przyznać, że naprawdę sporo się przez ten czas wydarzyło.

znalazłam pracę. umówmy się, łutem szczęścia i kompletnie bez żadnego doświadczenia. a osiem miesięcy później ją rzuciłam. kiedyś pewnie położyłabym uszy po sobie i jak ostatnia sierotka zgodziła się cierpiętniczo na parszywe warunki zatrudnienia, zamiast z taką determinacją rzucać się dobrowolnie w odmęty bezrobocia, ale chyba zrobiłam się za bardzo pyskata. tak czy owak szczęśliwie okazało się, że miłość do kawy może przekładać się na pewne umiejętności w zakresie jej parzenia i nieotrucia klienteli. co ciekawe, odkryłam przy tym, że praca z ludźmi może być całkiem przyjemna, choć jeszcze rok temu prawdopodobnie wysłałabym do diabła każdego, kto choćby ośmieliłby się zasugerować, że będę szczebiotać wesoło z trzyletnią Amelią (moja ulubienica!) i serwować jej mleko sojowe (obowiązkowo z dwiema piankami), zdołam spamiętać, że Todd zamawia zawsze dużą flat white z cukrem dla siebie, a dla swojego schorowanego taty bez cukru, za to ze słomką, że Lloyd, właściciel księgarni naprzeciwko, prosi o large flat white, one sugar, extra hot, made with love, że jego żona, Barb, na mój widok będzie wołać radośnie how are you, Margaret, że prześladować mnie będzie niejaki Yakisoba Guy, którego spotykam nawet na szkolnym korytarzu, albo że Mala, wpadająca po pracy po skinny cappuccino with one sugar, w ramach prezentu świątecznego z nieśmiałym uśmiechem wręczy mi loteryjną zdrapkę, bo mnie lubi. kto wie, być może wcale nie naściemniałam w moim straszliwie kłamliwym CV, twierdząc, że jestem friendly i outgoing.

zafundowałam sobie przydługą, acz szalenie pouczającą mentalną podróż do jakichś pieruńsko mrocznych wymiarów uogólnionego życiowego bezwładu, z której powróciłam cięższa o dziesięć kilogramów cielska (no dobra, połowy już się pozbyłam. druga połowa jest nieco bardziej oporna, bo okopała się na strategicznych pozycjach, to znaczy w okolicach dupska i udźców, ale ją również zamierzam wykurzyć) i kilka dekagramów całkiem konstruktywnych wniosków.

zaczęłam szkołę, w krótkim czasie zostając tą-której-imienia-nie-da-się-wymówić, a do tego wstrętną, zadowoloną z siebie prymuską. nic na to nie poradzę, uwielbiam się uczyć, a chodzenie do szkoły sprawia mi naprawdę niesamowitą frajdę, zwłaszcza od czasu, kiedy moje notatki zaczęły do złudzenia przypominać te z gramatyki opisowej, jeno w innym języku. już teraz drżę na myśl, co to będzie, kiedy ją skończę. chyba będę musiała znaleźć sobie jakieś studia czy coś.

odkryłam zupełnie nowy, nieznany mi dotąd wymiar tęsknoty, kiedy masz ochotę głośno łkać i ciskać w pasji talerzami, aby jakoś zagłuszyć przeszywającą mózg myśl, że oni wszyscy są tam, dzieli was siedem godzin i pół świata, a ty tak bardzo ich potrzebujesz.

całym sercem pokochałam Fremantle, z jego wakacyjnym luzem, kolorami, ulicznym muzykowaniem, drobnymi cudownościami, artystycznym klimatem, wieczornym życiem, muralami, aromatem włoskiej kawy, lekkim swądkiem krewety i przyjemną bryzą znad oceanu. na tyle, aby uznać, że to miejsce ma spory potencjał, by stać się moim - takim, w którym chciałabym żyć. po półrocznym nadużywaniu gościnności Szwagierki popławiłam się więc w urokach tamtejszego house-sittingu i przez ponad dwa miesiące doglądałam cudzych domów i kotów, by ostatecznie przenieść się na wynajęte-swoje. w absolutnie zjawiskowej okolicy i bardzo satysfakcjonującej odległości od serca Freo.

poznałam całe mnóstwo fantastycznych ludzi z przeróżnych części globu, ze szczególnym uwzględnieniem Kolumbii, Bośni, Szwajcarii, Włoch, Macedonii, Brazylii, Japonii, Indii czy Korei Południowej. za wcześnie, żeby mówić o przyjaźniach, tym bardziej, że takie wielkie słowa przychodzą mi raczej z trudem, ale na pewno nie mogę narzekać na brak socjalizacji. takie znajomości mają zresztą jeszcze jedną, szalenie istotną zaletę - niesamowicie poszerzają horyzonty i otwierają umysł. z bezwarunkowym zachwytem zanurzyłam się więc w multikulturowym tyglu, uczę się, poznaję, odkrywam, rozumiem albo przynajmniej staram się rozumieć i od czasu do czasu zdarza mi się balansować gdzieś na krawędzi stanu if you open your mind too much, your brain will fall out.

zamknęłam w kadrach nieudolnych zdjęć dziesiątki wrażeń, miejsc, rzeczy i chwil, odkreśliłam kilka pozycji ze swojej bucket list. i ciągle dodaję nowe, bo jeszcze tyle mam do zrobienia, do zobaczenia, do przeżycia. dopiero zaczęłam.

wtorek, 9 grudnia 2014

[89]. !

Łamiący nius, mili państwo: żyję i miewam się wyśmienicie.


Nieśmiało rozważam nawet rychły powrót do świata wirtualnego, bo pieruńsko brak mi polszczyzny i - przede wszystkim - możliwości wyrażenia swoich głupawych myśli w ojczystej mowie, póki co jednak zaznaczam jedynie swą milczącą obecność. Stęsknieni mogą ewentualnie znaleźć mnie tu.