wtorek, 21 grudnia 2010

niedziela, 19 grudnia 2010

niedziela, 19 grudnia 2010

Kolejna niedziela z pierniczkami w wersji mini.

Całość - wykończona i gotowa do noszenia. Dumna jestem z niej jak diabli.




poniedziałek, 13 grudnia 2010

poniedziałek, 13 grudnia 2010

I niezbyt rozgarnięte owieczki w ramach mocno spóźnionego prezentu urodzinowego dla O.

Nie wyglądają na przesadnie bystre:



Owczy rewers z ogonkiem:

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Niedziela upłynęła mi pod znakiem pierniczków...



...tyle że w trochę mniejszych rozmiarach.



Fotografowanie takich pierdółek, to, jak się okazuje, całkiem spore wyzwanie.

Postanowienie na zaś: dorobię się w końcu sensownego aparatu i zgłębię przynajmniej podstawy sztuki fotografii oraz obróbki zdjęć. Bo trochę się wstydzę swojej kompletnej niemocy w tym zakresie.

czwartek, 25 listopada 2010

czwartek, 25 listopada 2010

Roztaczam przed Konkubentem jeden ze swych strzelistych monologów na przyspieszonych obrotach. Mój chłopiec przez dłuższą chwilę usiłuje nadążyć za moim wartkim tokiem rozumowania i werbalną powodzią, aż w końcu rzecze z mieszaniną rezygnacji i rozbawienia:
- Ty jesteś taka... w te pędy.

Tuszę, że to był komplement.

czwartek, 4 listopada 2010

czwartek, 4 listopada 2010

Nigdy, przenigdy nie będę się już nabijać z bliźnich. A zwłaszcza z mojej Przyjaciółki. Słowo.

Swego czasu kpiłam niemiłosiernie z jej tendencji do przywoływania kaca-rzygacza. Potem sama miałam okazję doświadczyć jednorazowo tej wątpliwej przyjemności i, prawdę mówiąc, dziwię się, że nie trafiłam wówczas na jakąś dwudziestoczterogodzinną obserwację u doktora House'a. Przede wszystkim dlatego, że (proszę wybaczyć drastyczność opisu), żeby nie było mi za wesoło, kluczowy objaw wystąpił u mnie na przystanku w samym centrum miasta, a z racji tego, że głównym komponentem całego przedsięwzięcia było spożyte dzień wcześniej czerwone wino (dobry pomysł), które weszło w mordercze combo ze śliwowicą (bardzo zły pomysł), bardziej spektakularne byłoby chyba tylko krwawienie z oczodołów. Nigdy więcej nie ośmieliłam się drwić.

Wczoraj dowiedziałam się natomiast, dlaczego nie należy się nabijać z laptopa Przyjaciółki, w którym literkę "r" każdorazowo trzeba wklejać, ponieważ odmówiła ona posłuszeństwa.
Odkrycie miesiąca: pisanie mejla metodą kopiuj-każdą-pieprzoną-literkę-spację-i-znak-interpunkcyjny-wklej-każdą-pieprzoną-literkę-spację-i-znak-interpunkcyjny-ponieważ-w-ogóle-nie-działa-ci-klawiatura znajduje się gdzieś na samym szczycie listy Najbardziej Frustrujących Czynności Świata.

piątek, 29 października 2010

piątek, 29 października 2010

A propos wina i smutnych skutków jego nadmiernego spożycia w postaci Kacowej Wróżki.

Przy okazji ostatniego mazurskiego urlopu wraz z panią Gospodynią doszłyśmy zgodnie do wniosku, iż najtęższe umysły współczesnej sztuki żywienia dopuściły się skandalicznego niedopatrzenia. Większość znanych ludzkości produktów spożywczych już dawno temu doczekała się bowiem swoich zestawień w formie tabel, spisów i klasyfikacji, uwzględniających wartości odżywcze, kaloryczność, indeks glikemiczny, zawartość błonnika i tym podobnych rzeczy, nikt jednak jakoś nigdy nie wpadł na to, by podzielić produkty w taki sposób, w jaki czynimy to od lat, a więc wyodrębnić te, które sprzyjają bądź nie sprzyjają dzień po imprezie.

Przeprowadzone przez nas niezależne obserwacje wykazały na przykład, że na szczycie listy produktów sprzyjających z całą pewnością znajduje się zimna cola. Najlepiej z cytryną. Bardzo dobrze sprawdzają się również gorące kubki i zupki chińskie, podobnie jak (odkrycie N.) kiełbaska na ciepło oraz (moje) twarożek ze szczypiorkiem.

Nie, żebym popadała w samozachwyt, ale przeczuwam, że napisana w duecie błyskotliwa rozprawa naukowa pod tytułem "Podział produktów spożywczych ze względu na ich właściwości sprzyjające" może uczynić z nas wschodzące gwiazdy współczesnej dietetyki.