miły kolega, z którym regularnie urządzam sobie telefoniczne pogaduchy, zarzucił mi ostatnio, że zawsze, ale to zawsze – obojętnie, co by się nie działo – witam się z nim w dokładnie ten sam sposób. za każdym razem te same słowa, identyczny ton głosu – jak powitanie na automatycznej sekretarce. dał mi tym samym do zrozumienia, że jestem straszliwie nudna i do bólu przewidywalna, co – przyznaję – trochę mnie ubodło.
nie wziął jednak pod uwagę, że bywam również ciut złośliwa i z czystej przekory postanowię mu udowodnić, jak bardzo się myli. w rezultacie teraz, za każdym razem, kiedy do mnie dzwoni, zanim przejdzie do sedna, musi najpierw odbyć przynajmniej kilkuminutową rozmowę z gatunku mocno absurdalnych. jej temat uzależniony jest głównie od konwencji powitania i bzdur, które akurat przyszły mi do głowy. a zapewniam: dopiero się rozkręcam.
na przykład:
– wypożyczalnia łodzi podwodnych, słucham? niestety nie, nie mamy w tej chwili żółtych łodzi podwodnych, zostały tylko niebieskie i zielone w białe groszki. ach tak, interesuje pana niebieska? doskonały wybór! jaki ma odcień? indygo, proszę pana, indygo. to co, bierze pan? kiedy możemy umówić się na odbiór?
albo:
– dobry wieczór. nasza konsultantka przekazała, że chciałby pan kupić borsuka, czy to prawda? nie, nie sprzedajemy szopów, tylko borsuki. w tym miesiącu mamy nawet taką specjalną ofertę: do każdego zakupionego borsuka dodajemy gratis budę, w której borsuk będzie spał. szopę? nie, proszę pana, już mówiłam, że nie prowadzimy sprzedaży szopów. dlaczego w takim razie w naszej nazwie jest „szop”? ponieważ jesteśmy firmą międzynarodową i autoryzowanym przedstawicielem na Europę – mamy swoje sklepy w Madrycie, w Paryżu, teraz przymierzamy się do otwarcia kolejnego w Londynie. a więc jaki borsuk pana interesuje? wolałby pan młodego czy raczej dorosłego?
na marginesie warto dodać, że borsuki – a przynajmniej tak wynika z zajmującej opowieści, którą snuliśmy adhocznie wczoraj wieczorem – to naprawdę fascynujące zwierzęta. nie wszyscy wiedzą na przykład, że doskonale sprawdzają się w terapii osób starszych, szczególnie kombatantów i jeńców wojennych. Ogólnopolskie Stowarzyszenie Hodowców Borsuków od kilku lat organizuje nawet doroczny festyn dla borsuków i kombatantów, w ramach którego odbywają się liczne konkursy, gry i zabawy oraz tańce, które mają na celu zaktywizowanie seniorów. borsukoterapia jest zresztą jedną z najprężniej rozwijających się metod terapii na świecie, choć w Polsce wciąż jeszcze nie cieszy się zbyt dużą popularnością.
mało kto wie również, że zanim borsukoterapia zaczęła być szerzej stosowana, wcześniej wykorzystywano do niej bobry, ale okazały się one nieco kłopotliwe w pracy z pacjentami z drewnianą nogą. zdarzały się bowiem niefortunne przypadki okorowania protezy. w przeszłości bobry z powodzeniem używane były natomiast podczas bitew morskich, zwłaszcza w walce z piratami. w trakcie dokonywania abordażu wpuszczano na pokład wrogiego statku stadko bobrów, które skutecznie obezwładniało przeciwników, obgryzając im drewniane nogi, drewniane haki, drewniane oczy, drewniane papugi i inne elementy wyposażenia. nieco problematyczny był tylko ich transport – znane są historie brawurowych ucieczek z klatek, w których bobry były przewożone, i obgryzania masztów oraz fragmentów olinowania macierzystych jednostek. niestety bobry okazały się zupełnie bezużyteczne w walce z piratami nowoczesnymi, na przykład somalijskimi – szybko nauczyły się grać z nimi w karty na pieniądze, więc mogły przydać się jedynie w walce o charakterze ekonomicznym. o ile oczywiście nie przegrywały.
tymczasem borsuki nie wykazują absolutnie żadnych skłonności do hazardu, mają za to – z czego niewiele osób zdaje sobie sprawę – niebywałe wyczucie rytmu i chętnie tańczą. lubują się zwłaszcza w tańcach ludowych – uwielbiają polkę, nieźle tańczą krakowiaka. małe borsuki zdradzają również spore zainteresowanie tańcem flamenco, podczas gdy starsze osobniki są nieco bardziej zachowawcze. dlatego właśnie tak często wykorzystuje się je w borsukoterapii.
dorosłe borsuki z reguły są też dobrze ułożone – umieją korzystać z kuwety, zaopiekują się dzieckiem, mogą także zrobić drobne zakupy. tu jednak ważna uwaga: nie zawsze przynoszą resztę. lubią zbierać drobne pieniążki, za które później kupują lizaki – borsuki wprost przepadają za lizakami! na ogół, wylizawszy je nieco, przyklejają je sobie do futerka, a potem tak sobie z nimi paradują. z tego względu mają szczególną słabość do lizaków płaskich i okrągłych, takich z kwiatkiem i kolorową obwódką, bo dobrze się kleją. starsze borsuki mają zazwyczaj bardzo łagodne usposobienie i chętnie dzielą się lizakami, w przypadku młodszych osobników należy jednak uważać, gdyż odklejenie im lizaka może je trochę rozzłościć…
i tak dalej.
gdyby ktoś miał ochotę dowiedzieć się czegoś więcej o zwyczajach borsuków, zgłębić fascynujący temat bitew morskich z udziałem bobrów albo po prostu wypożyczyć łódź podwodną, niechaj do mnie zadzwoni. jestem w stanie zagadać was na śmierć i naprawdę sprzedać wam tego borsuka, słowo.
wtorek, 4 lipca 2017
wtorek, 27 czerwca 2017
[178].
czerwcowe uzależnienia:
Hiszpania, pomarańcze, Kontenery, sangria, Shape of you Eda Sheerana (wstydzę się tego strasznie, ale ostatnio to jedna z moich guilty pleasures), oliwki, kuse sukienusie, silent disco, truskawki, balkonowa rekreacja ze współlokatorami (z wystawionym przez okno łbem), Emancipator nocną porą, wiosnolato.
wtorek, 20 czerwca 2017
[177].
– Małgorzata K.?
– taaak?
– czy masz przy sobie dowód osobisty?
– mam.
– a kartę do bankomatu?
– yyy… cholera.
tak. brawa dla ofiary losu, która, upchnąwszy bystrze kartę bankomatową za folijkę od paczki papierosów, żeby za jednym zamachem wyskoczyć na fajkę i w drodze powrotnej kupić przy barze piwo (drugie, więc nie ma co zwalać winy na skrajne upojenie alkoholowe), przy kolejnej wycieczce na papierosa wyrzuciła pustą paczkę do śmieci. razem z kartą, rzecz jasna.
na szczęście nieocenieni chłopcy z NaPiwku wykazali się nadzwyczajną czujnością i zapobiegli tej niefrasobliwej formie protestu przeciwko instytucjom bankowym, płatnościom bezgotówkowym i generalnie całemu systemowi finansowemu. w sumie przyklaskuję idei wymiany dóbr i usług, nie jestem tylko pewna, czy panie w Lidlu podzielałyby mój entuzjazm, gdybym następnym razem zaproponowała im kozę zamiast zapłaty. powątpiewam.
no i kto jak zwykle miał więcej szczęścia niż rozumu, no kto?
a w ogóle to po kilku chudych latach miło znowu poświętować urodziny w gronie znajomych i przyjaciół. zwłaszcza jeśli obchody kończą się powrotem do domu o trzeciej, po uprzedniej wizycie na stacji benzynowej w celu pospiesznego spożycia bagiety. mina pana stojącego przy kasie, kiedy w środku nocy znienacka zmaterializowała się przed nim kobieta dzierżąca pod pachą dorodnego ananasa* – bezcenna.
* okolicznościowy dialog:
– yyy, gdzie o tej porze kupiła pani ananasa?
– to nie jest ananas. to bukiet, którym obdarowali mnie znajomi.
– aha. wszystko jasne.
– taaak?
– czy masz przy sobie dowód osobisty?
– mam.
– a kartę do bankomatu?
– yyy… cholera.
tak. brawa dla ofiary losu, która, upchnąwszy bystrze kartę bankomatową za folijkę od paczki papierosów, żeby za jednym zamachem wyskoczyć na fajkę i w drodze powrotnej kupić przy barze piwo (drugie, więc nie ma co zwalać winy na skrajne upojenie alkoholowe), przy kolejnej wycieczce na papierosa wyrzuciła pustą paczkę do śmieci. razem z kartą, rzecz jasna.
na szczęście nieocenieni chłopcy z NaPiwku wykazali się nadzwyczajną czujnością i zapobiegli tej niefrasobliwej formie protestu przeciwko instytucjom bankowym, płatnościom bezgotówkowym i generalnie całemu systemowi finansowemu. w sumie przyklaskuję idei wymiany dóbr i usług, nie jestem tylko pewna, czy panie w Lidlu podzielałyby mój entuzjazm, gdybym następnym razem zaproponowała im kozę zamiast zapłaty. powątpiewam.
no i kto jak zwykle miał więcej szczęścia niż rozumu, no kto?
a w ogóle to po kilku chudych latach miło znowu poświętować urodziny w gronie znajomych i przyjaciół. zwłaszcza jeśli obchody kończą się powrotem do domu o trzeciej, po uprzedniej wizycie na stacji benzynowej w celu pospiesznego spożycia bagiety. mina pana stojącego przy kasie, kiedy w środku nocy znienacka zmaterializowała się przed nim kobieta dzierżąca pod pachą dorodnego ananasa* – bezcenna.
* okolicznościowy dialog:
– yyy, gdzie o tej porze kupiła pani ananasa?
– to nie jest ananas. to bukiet, którym obdarowali mnie znajomi.
– aha. wszystko jasne.
poniedziałek, 29 maja 2017
[176].
majowe uzależnienia:
sorbet mango, Totoro (to normalne, że zachwycam się własnymi plecami?), Plague Inc., vegan mac & cheese, bez i konwalie, wycieczki na Grunwald (wszystkie drogi prowadzą na Grunwald), rower, Texas Hold’em, szparagi, NaPiwek, krótkie portki (nareszcie!), wiooosna!
środa, 24 maja 2017
[175].
piątek, 28 kwietnia 2017
[174].
kwietniowe uzależnienia:
Wrocław i tropienie krasnali, gorzka żołądkowa z Nestea, absolutny regres do liceum, Sister Wood i Under Covers, makaron z bobikiem, ogrodniczki, łikendowy chillout i szwendactwo, kotleciki z kaszy jaglanej z suszonymi pomidorami i słonecznikiem, Wacław Zimpel (ciotka pro słucha improwizowanego jazzu, świat się kończy!), Plague Inc., fryzura na major Kusanagi, wiooosna!
wtorek, 25 kwietnia 2017
[173].
pierwszym z elementów garderoby – jednym z nielicznych – jakie kupiłam w Australii, były buty. martensopodobne, wściekle czerwone, lakierowane, w dodatku cruelty free – kiedy tylko je zobaczyłam, wiedziałam, że muszę je mieć. były przepiękne. niestety rychło okazało się, że są o tyleż cudne, co niewygodne i zupełnie nie da się w nich chodzić. każdy krok był torturą; pojęcia nie miałam, że buty mogą tak straszliwie obcierać. rozejdą się, myślałam, ale tygodnie mijały, a one za diabła nie chciały się rozejść – wręcz przeciwnie, było coraz gorzej. znienawidziłam je. ponieważ jednak nie miałam innego obuwia, które nadawałoby się na australijskie oberwania chmury, zaciskałam zęby i wskakiwałam w to piekielne narzędzie kaźni, chociaż w środku wszystko we mnie wrzeszczało, moje zmaltretowane stopy mściwie życzyły mi powolnej i bolesnej śmierci, a ja byłam na siebie tak wściekła, że miałam ochotę odgryźć sobie głowę i nasikać do szyi – próżna szczota w czerwonych trzewiczkach. tańcz, skoro zachciało ci się butów. nie rycz, głupia, skoro zachciało ci się wyprawy życia na drugi koniec świata. dobrze ci tak.
•
Odbudowując zniszczone instynkty, możemy sprzeciwić się nienormalnej, szkodliwej sytuacji. Wówczas powróci integralna, dzika natura. Zamiast tańczyć w czerwonych trzewikach, aż życie stanie się torturą i bezsensownym koszmarem, możemy wrócić do życia ręcznie szytego, pełnego znaczenia, uszyć buciki od nowa, iść swoją drogą, mówić po swojemu.
[Clarissa Pinkola Estés, Biegnąca z wilkami]
•
minął rok.
doskonale pamiętam dzień swojego powrotu do Polski. te nieznośnie wlokące się godziny, które dzieliły mnie od wylotu, nabrzmiałe czekaniem, ciszą – bo wszystko zostało już powiedziane – i niewyobrażalną rozpaczą. gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że może być jeszcze gorzej, nie uwierzyłabym mu – i słusznie. nigdy potem nie czułam się tak parszywie, już nigdy nie byłam tak bliska obłędu jak w tamtej chwili, kiedy tak strasznie brakowało mi tchu, a jedyna w miarę składna myśl w mojej głowie sprowadzała się do powtarzanego jak mantra muszęiśćpobiegaćbozwariuję. więc poszłam; wygrzebałam z walizki buty do biegania i pognałam nad rzekę. do dziś nie wiem, jakim cudem udało mi się zachować wszystkie zęby, bo przez całe osiem kilometrów zanosiłam się głośnym szlochem, nie widząc kompletnie nic przez łzy. oto i ona, panie i panowie. kupka smutków w czerwonych trzewiczkach.
wtedy myślałam, że ryczę nad tym, co za sobą zostawiam – za wspomnieniami, które już niebawem staną się czasem przeszłym definitywnie dokonanym, oraz za przyszłością, której nie będzie. byłam pewna, że płaczę za nami, za nim. potrzeba mi było kilku miesięcy okraszonych miłymi spotkaniami z panią doktor od psychicznego dobrostanu, która służy fluoksetynką i autentycznym życzliwym współczuciem, oraz panią psychololo z jej cierpką cioteczkowatością i zadziwiająco trzeźwym oglądem sytuacji, żeby dotarło do mnie, że w tamtym momencie chodziło przede wszystkim o mnie. płakałam nad sobą – nad tym żałosnym stworzeniem, które przez chwilę było mną. tak naprawdę zawsze chodziło tylko o mnie.
nie biegałam od miesięcy. najwyraźniej mój mózg stanowczo broni się przed tą aktywnością – być może za bardzo kojarzy mu się z rozpaczą, nie wiem. wierzę, że za jakiś czas zatęsknię za przebieżkami, a wtedy wskoczę w buty i po prostu wyjdę z domu, żeby pohasać. dla samej przyjemności biegania, a nie po to, żeby przed czymś uciec.
póki co sztukę ucieczek opanowałam do perfekcji. czasem udaje mi się uciszyć pluszową małpę walącą ostrzegawczo w talerze, która mieszka w mojej głowie, i powściągnąć odruchową chęć, by czmychnąć, a wtedy zasypiam – przyjemnie zmęczona, odprężona, blisko i pod jedną kołdrą, czując obok siebie drugie miarowe tętno. nic mi się nie śni i nic we mnie nie trzepocze; jest spokojnie i najzupełniej pragmatycznie. i dobrze. innym razem wymykam się rano bez pożegnania. odkładam słuchawkę i przerywam rozmowę, kiedy nie mam ochoty słuchać. odwracam się na pięcie i odchodzę, wsiadam do tramwaju, autobusu, samolotu i nie oglądam się za siebie. nigdy.
robię rzeczy, których dotąd nie robiłam: tropię wrocławskie krasnale, po szesnastu latach odkrywam, że jednak umiem jeździć na rowerze, tańczę całą noc, spędzam sobotnie popołudnie, popijając wódkę u golibrody, który okazuje się być postrzeloną kobietą, w dodatku w złotej koronie, opycham się wegańskimi burgerami, zaśmiewam się do łez z głupich historii (opowiedz mi, jak byłeś w Wietnamie), sama snuję opowieści o Tuńczyku, Palemkje, kozie, która robi „bleblblblble” jak szatan, składam żurawie origami i nie czuję żadnych ruchów tektonicznych. jestem kilkanaście tysięcy kilometrów od miejsca, w którym byłam w zeszłym roku. dosłownie i w przenośni.
nauczyłam się oddzielać przy tym sfery i porządki. tam, gdzie sytuacja tego wymaga, jestem chłodna, logiczna i opanowana, myślę jasno, błyskawicznie analizuję i podejmuję rozsądne, racjonalne decyzje. w innych sprawach miotam się jak miotacz ognia, nie mogąc dojść z sobą do ładu. mielę więc temat w samotności niczym intelektualna maszynka do mięsa, w nieskończoność rozkładam go na czynniki pierwsze, rozbrajam jak bombę, przecinam kabelki, nie wykonując gwałtownych ruchów i stąpając z ostrożnością sapera, żeby sprawdzić, gdzie ewentualnie może urwać mi nogę. a potem wkraczam z zuchwałą miną na pole minowe, przechadzam się po nim tanecznym krokiem, bo taka jestem dziarska, dzielna i nieustraszona. no risk, no fun, a ja przecież doskonale wiem, co robię. przynajmniej przez większość czasu.
i nigdy, przenigdy nie żałuję. nawet przez sekundę.
•
Odbudowując zniszczone instynkty, możemy sprzeciwić się nienormalnej, szkodliwej sytuacji. Wówczas powróci integralna, dzika natura. Zamiast tańczyć w czerwonych trzewikach, aż życie stanie się torturą i bezsensownym koszmarem, możemy wrócić do życia ręcznie szytego, pełnego znaczenia, uszyć buciki od nowa, iść swoją drogą, mówić po swojemu.
[Clarissa Pinkola Estés, Biegnąca z wilkami]
•
minął rok.
doskonale pamiętam dzień swojego powrotu do Polski. te nieznośnie wlokące się godziny, które dzieliły mnie od wylotu, nabrzmiałe czekaniem, ciszą – bo wszystko zostało już powiedziane – i niewyobrażalną rozpaczą. gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że może być jeszcze gorzej, nie uwierzyłabym mu – i słusznie. nigdy potem nie czułam się tak parszywie, już nigdy nie byłam tak bliska obłędu jak w tamtej chwili, kiedy tak strasznie brakowało mi tchu, a jedyna w miarę składna myśl w mojej głowie sprowadzała się do powtarzanego jak mantra muszęiśćpobiegaćbozwariuję. więc poszłam; wygrzebałam z walizki buty do biegania i pognałam nad rzekę. do dziś nie wiem, jakim cudem udało mi się zachować wszystkie zęby, bo przez całe osiem kilometrów zanosiłam się głośnym szlochem, nie widząc kompletnie nic przez łzy. oto i ona, panie i panowie. kupka smutków w czerwonych trzewiczkach.
wtedy myślałam, że ryczę nad tym, co za sobą zostawiam – za wspomnieniami, które już niebawem staną się czasem przeszłym definitywnie dokonanym, oraz za przyszłością, której nie będzie. byłam pewna, że płaczę za nami, za nim. potrzeba mi było kilku miesięcy okraszonych miłymi spotkaniami z panią doktor od psychicznego dobrostanu, która służy fluoksetynką i autentycznym życzliwym współczuciem, oraz panią psychololo z jej cierpką cioteczkowatością i zadziwiająco trzeźwym oglądem sytuacji, żeby dotarło do mnie, że w tamtym momencie chodziło przede wszystkim o mnie. płakałam nad sobą – nad tym żałosnym stworzeniem, które przez chwilę było mną. tak naprawdę zawsze chodziło tylko o mnie.
nie biegałam od miesięcy. najwyraźniej mój mózg stanowczo broni się przed tą aktywnością – być może za bardzo kojarzy mu się z rozpaczą, nie wiem. wierzę, że za jakiś czas zatęsknię za przebieżkami, a wtedy wskoczę w buty i po prostu wyjdę z domu, żeby pohasać. dla samej przyjemności biegania, a nie po to, żeby przed czymś uciec.
póki co sztukę ucieczek opanowałam do perfekcji. czasem udaje mi się uciszyć pluszową małpę walącą ostrzegawczo w talerze, która mieszka w mojej głowie, i powściągnąć odruchową chęć, by czmychnąć, a wtedy zasypiam – przyjemnie zmęczona, odprężona, blisko i pod jedną kołdrą, czując obok siebie drugie miarowe tętno. nic mi się nie śni i nic we mnie nie trzepocze; jest spokojnie i najzupełniej pragmatycznie. i dobrze. innym razem wymykam się rano bez pożegnania. odkładam słuchawkę i przerywam rozmowę, kiedy nie mam ochoty słuchać. odwracam się na pięcie i odchodzę, wsiadam do tramwaju, autobusu, samolotu i nie oglądam się za siebie. nigdy.
robię rzeczy, których dotąd nie robiłam: tropię wrocławskie krasnale, po szesnastu latach odkrywam, że jednak umiem jeździć na rowerze, tańczę całą noc, spędzam sobotnie popołudnie, popijając wódkę u golibrody, który okazuje się być postrzeloną kobietą, w dodatku w złotej koronie, opycham się wegańskimi burgerami, zaśmiewam się do łez z głupich historii (opowiedz mi, jak byłeś w Wietnamie), sama snuję opowieści o Tuńczyku, Palemkje, kozie, która robi „bleblblblble” jak szatan, składam żurawie origami i nie czuję żadnych ruchów tektonicznych. jestem kilkanaście tysięcy kilometrów od miejsca, w którym byłam w zeszłym roku. dosłownie i w przenośni.
nauczyłam się oddzielać przy tym sfery i porządki. tam, gdzie sytuacja tego wymaga, jestem chłodna, logiczna i opanowana, myślę jasno, błyskawicznie analizuję i podejmuję rozsądne, racjonalne decyzje. w innych sprawach miotam się jak miotacz ognia, nie mogąc dojść z sobą do ładu. mielę więc temat w samotności niczym intelektualna maszynka do mięsa, w nieskończoność rozkładam go na czynniki pierwsze, rozbrajam jak bombę, przecinam kabelki, nie wykonując gwałtownych ruchów i stąpając z ostrożnością sapera, żeby sprawdzić, gdzie ewentualnie może urwać mi nogę. a potem wkraczam z zuchwałą miną na pole minowe, przechadzam się po nim tanecznym krokiem, bo taka jestem dziarska, dzielna i nieustraszona. no risk, no fun, a ja przecież doskonale wiem, co robię. przynajmniej przez większość czasu.
i nigdy, przenigdy nie żałuję. nawet przez sekundę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




